Skwar jest nieprawdopodobny. Sierpniowe wczesne popołudnie, niebo błękitne, bez jednej chmurki. Po parudziesięciu kilometrach na rowerach chce się odpocząć w cieniu. Od głównej szosy Janów-Włodawa trzeba teraz skręcić na wschód w stronę Bugu w dziurawą wiejską drogę. Dwa auta zapewne muszą tu mijać się z dużym trudem. Senna wioska z jednym sklepikiem i ochotniczą strażą pożarną przy skrzyżowaniu dwóch głównych uliczek. Plebania przy katolickim kościele zamknięta, tylko jakiś mężczyzna maluje ogrodzenie; „-Do monasteru jeszcze dalej – mówi - w stronę rzeki, za poroślami”. Przyzwyczaiłem się już, że tutejsze regionalizmy zmuszają wyobraźnię do pracy, rozglądamy się więc gdzie te „porośla”, ale krajobraz taki jak wcześniej – kępy drzew, pola, łąki, i coraz więcej mokradeł, znać, ze zbliżamy się do Bugu. „Porośli” jednak niet. Do czasu. Na zakręcie mijamy przechyloną tabliczkę miejscowości – Parośla. Wszystko więc jasne. Odbijamy z Natalią w lewo, bo widzimy, że wieś jest zacieniona drzewami. Zrobimy sobie chwilę odpoczynku, a przy okazji zobaczymy jak wygląda to miejsce. Żywy skansen. Choć słowo „żywy” w tym przypadku trzeba zweryfikować, bo domy – owszem - jak wyjęte ze starej pocztówki, ale ludzi - ani widu, ani słychu. Kaczki na bajorku też nieruchome. Rzucamy im coś do jedzenia, ale ani drgną, i tak przez dobry kwadrans. Natalia stawia tezę, że są sztuczne. I chyba coś jest na rzeczy. Tylko po co na wsi komuś sztuczne kaczki? Ruszamy do monasteru.
Widok przypomina mi szkolną wycieczkę do kina. Przed oczami pejzaż jak z „Bajki o carze Sałtanie”. Soczyste barwy nadrzecznych drzew, łąk i mokradeł, biel murów, czerwone i zielone dachówki, a nad wszystkim góruje złota kopuła cerkwi. I ta niesamowita cisza... Jesteśmy w Jabłecznej – jednym z najważniejszych miejsc polskiego prawosławia.
Tutaj znów to samo, co w Paroślach – żywego ducha nie uświadczysz. Z cieniem jednak gorzej, choć w końcu udaje się go trochę znaleźć za murkiem koło klasztornego cmentarzyka. Stawiamy rowery przed bramą i wchodzimy do środka.
To już koniec Polski. Do granicy kraju i wolnego świata tylko parędziesiąt metrów. Kratę otwiera stary zakonnik. Na drzwiach świątyni tabliczka „Zakaz fotografowania”. Pytam jednak, z przekonaniem że usłyszę odmowę: „-Czy mogę zrobić choć jedno zdjęcie?” I zaskoczenie. „-A fotografuj do woli! Rób zdjęcia. Tylko dużo!” Po krótkiej rozmowie wyjaśniającej skąd przyjechaliśmy, okazuje się, że... jesteśmy sąsiadami. Nie tylko z Warszawy, ale nawet z jej praskiej strony. „-Bracia zakonni nazywają mnie „Bizon” - mówi mnich – bo moje okna z klasztoru wychodzą na warszawskie ZOO”.
W cerkwi na ikonostasie wyeksponowana ikona św. Onufrego. Jego coroczne święto 25 czerwca, to druga - po świecie Spasa na Grabarce - prawosławna uroczystość w Polsce pod względem liczby uczestników liturgii. Przed cerkwią pluska cicho źródełko, panujący tu nastrój wycisza i uspokaja. Żal odjeżdżać, ale czas wracać do Kodnia. Kto by pomyślał, że niedługo wrócimy w te okolice.

Burza nad Kresami
Jak czynimy od lat, tak i 2010 r. wybraliśmy się z córką na rowerowe wakacje. Od kilku już sezonów kierujemy się na wschodnie pogranicze - świat wielu kultur i bogatej historii – Roztocze, Suwalszczyzna, Polesie... Tym razem postanowiliśmy pojechać wzdłuż linii Bugu.
Drogę powrotną z Jabłecznej do Kodnia wybraliśmy przy brzegu. Dolina Bugu jest i zupełnie dzika; porośnięta lasem, zacieniona, dzięki temu daje trochę ulgi w popołudniowym skwarze. Droga meandruje razem z rzeką, chwilami zamienia się w ścieżynkę zaledwie. Nieraz grzęźniemy w błocie lub przedzieramy się przez chaszcze. Co pewien czas mijamy kolejny słup graniczny albo zjawiskowe drzewo, a raz na parę kilometrów pojawia się urokliwa piaszczysta skarpa. I cisza...
Następnego dnia pojechaliśmy do Wisznic. Specjalnie wybraliśmy na wojskowej mapie boczne drogi i dróżki; z ich perspektywy można zobaczyć więcej prawdziwego życia niż jadąc lepszymi traktami. Wyszło nam około 90 kilometrów, to akurat m.w. dzienna granica wytrzymałości dla Natalii. Tym razem jednak przesadziliśmy z wyborem trasy. Po raz pierwszy zabłądziliśmy w lesie, tam już nie było dróg tylko bezdroża, a w końcu chaszcze. To dopiero były prawdziwe „parośla”! Wracamy, choć wcale nie było łatwo wydostać się z tego lasu. Dobrze, że rowery zostawiają ślady na wilgotnej ziemi. Pojedziemy okrężna drogą. W Wisznicach obiad w jedynej restauracji przy rynku. Na horyzoncie ciemnieje, zbliża się burza. Widać, że będzie nielicha, bo zrobiło się prawie czarno. Idzie z południowego zachodu, więc siadamy na rowery i w kolarskim tempie przejeżdżamy w godzinę dystans dzielący nas od przejścia granicznego w Sławatyczach. Tu nareszcie odpoczynek przy stacji benzynowej i większy łyk picia. Nie na długo jednak. Sprzedawca mówi o potwornej nawałnicy nad Włodawą, radio podaje, że ulice zamieniły się w rwące rzeki. To tylko dwadzieścia kilometrów na południe. Spoglądam w tamtą stronę i po plecach przechodzi mi dreszcz. Takiego kłębowiska chmur chyba jeszcze nigdy nie widziałem. Szybka decyzja – na rowery i gnamy dalej, do Kodnia. Zostało jeszcze nieco ponad 20 kilometrów, ale już po przejechaniu paru widzę, że przegrywamy z burzą. Przy drodze opuszczony dom, ale rzut oka wystarczy by stwierdzić, że jest zbyt lichy, by dać schronienie. Wicher kładzie już drzewa wokół, gną się jak witki. Dobrze, że wieje w plecy, dzięki temu pędzimy szybciej. Mijamy właśnie zjazd do Jabłecznej, krzyczę do Natalii: „-Skręcamy!” Chyba nie słyszy, ale jedzie za mną. Widzę, że do monastyru nie zdążymy się schować, wpadamy do kościoła, ale na plebanii tak samo pusto jak wczoraj, ciemno w oknach. Gnamy do sklepu. Otwarty do dwudziestej, to ostatnie chwile, zaraz zamykają. Gdzie się schować?! Kobieta z dzieckiem na skuterze prowadzi nas do swojego domu. Wokół błyska co chwila, grzmi i huczy na przemian z wyciem syren straży pożarnej – widać burza wyrządziła poważne szkody – ale wbrew oczekiwaniom nie ma ulewy. Popada tylko co chwilę, zatnie deszczem, ale nie wygląda to groźnie; widocznie „główne siły” nawałnicy poszły gdzieś bokiem; gospodyni, patrząc na błyskawice, mówi że w kierunku Piszczaca (byliśmy tam przedwczoraj – miłe miasteczko). Jednak przez półtorej godziny wicher szaleje. Grubo po dziewiątej uspokoiło się, więc wracamy. Pędzimy szosą przez ciemność na wszystkich światłach, dobrze, że mamy po dwa halogeny na każdym rowerze plus czołówka na kasku. Droga jasna jak w dzień, a po bokach z lasu migają nam zielone i żółte ślepia zwierzaków. Do Kodnia zajechaliśmy w nieco ponad 30 minut. Śmiejemy się, że to prawie rekord świata. Nareszcie trochę swobodniejsza atmosfera, bo wcześniej do śmiechu nam raczej nie było. I szkoda, że będąc w Jabłecznej, nie udało nam się ponownie dotrzeć do monastyru. Ciekawe jak wyglądałby w deszczu...
Kodeńska awantura
Główne miejsce – a zarazem centrum naszej nadbużańskiej trasy - to Kodeń. Spędzamy tu najwięcej czasu. Miejsce jest niezwykłe, jego historia także. Przede wszystkim to sanktuarium, drugie w Polsce - po Jasnej Górze - co do liczby odwiedzających je pielgrzymów. W ołtarzu pięknego późnorenesansowo-barokowego białego kościoła obraz Matki Bożej Kodeńskiej – Madonny z Guadelupe. Wizerunek słynie łaskami, zaś jego historia to gotowy scenariusz na awanturniczy film przygodowy. Aż dziw, że nikt jeszcze takiego obrazu nie zrealizował, bo przecież jest już kanwa, czyli książka Zofii Kossak „Błogosławiona wina”. Dzieje zapierają dech w piersiach.
Po kościele oprowadza nas znajomy kleryk z drohiczyńskiego seminarium. Pochodzi z Kodnia, ma tutaj praktyki. Dzięki temu mamy wstęp do wszystkich zakamarków niedostępnych pielgrzymom a nawet miejscowym wiernym. Chodzimy po starych komnatach wieży, jest tam mnóstwo dawnych szat liturgicznych. Są bardzo grube i ciężkie, nie wiem jak kapłani mogli to nosić przez kilka godzin. W zakrystii zwraca uwagę wspaniały krucyfiks stojący na kredensji, nie powstydziłoby się go żadne muzeum.
Kościół i cały otaczający go kompleks jest nieodłącznie związany z rodziną Sapiehów - fundatorami świątyni i samego Kodnia. Czwarty właściciel dóbr - książę Mikołaj Sapieha zwany Pobożnym – zachorował poważnie podczas budowy kościoła, dotknął go paraliż. Żona skłoniła go do wybrania się na pielgrzymkę do Rzymu. Tam został przyjęty przez papieża Urbana VIII. Podczas audiencji Ojciec Święty zaprosił Sapiehę na Mszę Św. do swojej prywatnej kaplicy, gdzie w ołtarzu znajdował się obraz Matki Bożej z Guadelupe. Podczas modlitwy przed nim doszło do cudownego uzdrowienia. Książę Mikołaj poprosił o podarowanie mu obrazu, ale papież nie wyraził zgody. Wtedy Sapieha, przekupując służącego, wykradł obraz i nocą uciekł do kraju. Uszedł cało mimo pościgu.
Jednak Urban VIII nie zamierzał puścić mu tego płazem - rzucił na księcia klątwę kościelną. Ta dotkliwa kara ciągnęła za sobą zakaz wstępu do świątyń, uczestniczenia we Mszach św. oraz zakaz przystępowania do spowiedzi i Komunii św. Mimo ukończenia budowy kodeńskiej świątyni i pięknego jej wyposażenia oraz uroczystego wniesienia obrazu do głównego ołtarza, Sapieha jako wyklęty z Kościoła nie mógł doń wchodzić. Tęsknie spoglądał jedynie do wnętrza przez okienko pomieszczenia w wieży nad zakrystią (tam gdzie teraz jest magazyn dawnych szat liturgicznych). Po paru latach, podczas sejmu, Sapieha z wielka mocą przekonywał króla Władysława IV by nie żenił się z protestantką, bo groziło to Polsce zalewem protestantyzmu. Król ustąpił i ożenił się z katoliczką – córką cesarza Austrii. Docenił to papieski Nuncjusz i napisał list wstawienniczy do Urbana VIII. Sapieha podjął trud pieszej pielgrzymki do Rzymu (2300 km!) gdzie uzyskał przebaczenie i zdjęcie klątwy, a na dodatek papież obdarował go blisko setką relikwii świętych, które do dziś znajdują się w relikwiarzach w bocznym ołtarzu. Największe wrażenie wśród nich robi czaszka św. Feliksa – papieża i męczennika.

Tuż obok kościoła – dom pielgrzyma prowadzony przez o.o. Oblatów. Można tam przenocować w dobrych warunkach za ok. 30 zł; jest też jadłodajnia (czynna tylko do 19:00) z fantastycznymi, codziennie świeżymi, pierogami domowej roboty - z soczewicą lub z kapustą i grzybami. To informacja ważna o tyle, że cała okolica jest gastronomiczną pustynią; czasem musieliśmy gotować w lesie na kocherze, ale makaron zjadany na mchu też ma dobry smak. Najbliższe restauracje są w Terespolu (jedyna w mieście, 20 km na północ) lub we Włodawie (40 km na południe) albo w Białej Podlaskiej (40 km na zachód). To także kraina gotówki, terminali w sklepach nie uświadczysz – jedynie w Białej. Podobnie rzecz ma się z bankomatami – przez 80 km od Janowa do Włodawy zliczyłem je na palcach jednej ręki. O tej szosie znalazłem na jednym z rowerowych blogów stwierdzenie, że na niej ruch może być uciążliwy dla cyklistów, bo auta jeżdżą tędy... z częstotliwością ok. jednego na pięć minut. Traktuję to jako żart, ale faktycznie – jest pusto.
Biała Podlaska – Janów Podlaski – Pratulin - Terespol – Kostomłoty - Kodeń
Biała – dawne miasto wojewódzkie – ma potencjał turystyczny, ale moim zdaniem niewykorzystany. Jak wszędzie w tej okolicy zwracają uwagę świątynie – katolickie i prawosławne. Na froncie cerkwi wielka ikona Trójcy Świętej, tuż obok stary cmentarz z XIX w. z rosyjskojęzycznymi nagrobkami. Stamtąd jedziemy do Janowa słynącego z legendarnej stadniny koni. Właśnie odbywa się doroczna aukcja, na która zjeżdżają arystokraci i celebryci z całego świata – m.in. arabscy szejkowie czy muzycy z The Rolling Stones – jest wielka feta, festyn i jarmark. Jeszcze dzień wcześniej nie wyglądało to jednak tak różowo. Burza, która dopadła nas w Jabłecznej, dokonała poważnych szkód w stadninie. Konie uciekły przez połamane zagrody, rozbiegając się po całej okolicy. Na szczęście udało się ogarnąć sytuację. Kierujemy się w stronę Terespola. Po drodze we wsi Zaczopki odwiedzamy cmentarz żołnierzy niemieckich z 1915 r. leżący malowniczo na wzgórzu. Parę kilometrów dalej, w szczerym polu, stoi tzw. kamienna baba. Przypomina krzyż, ale nic bardziej mylnego. To ponad tysiącletni relikt z czasów pogańskich. Robi wrażenie.
Zjeżdżamy w bok od szosy w leśną drogę. W głębi znajduje się miejsce pochówku pratulińskich męczenników za wiarę katolicką z czasów carskich. Cała okolica żyje ich wspomnieniem i modli się za wstawiennictwem bł. Wincentego i Jego Towarzyszy. Ciała zabitych żołnierze wywieźli i zakopali pod drogą, ale zostali przy tym wyśledzeni. Dziś męczennicy mają swój okazały grób w lesie. Stamtąd, w stronę sanktuarium, prowadzi imponująca Droga Krzyżowa.
Wokół Terespola zwracają uwagę rozrzucone na sporym terenie pozostałości zespołu fortów twierdzy brzeskiej. Trochę przypomina to Modlin, ale w mniejszej skali. Samo miasto wygląda dość nietypowo, bo zostało przeniesione paręset lat temu po wielkim pożarze - nie ma więc rynku - jest za to rozciągnięte wzdłuż drogi prowadzącej do nieodległej granicy z Białorusią. Dość smętnie tu i ubogo, Natalia zwraca uwagę na dużą liczbę osób czytających gazetkę promocyjną wywieszona przed jedynym lokalnym dyskontem. Faktycznie, tak dużego zainteresowania nigdzie wcześniej nie widziałem. W środku miasta – zaskoczenie! Stoi tam kopia pomnika, którego widok nam na pamięć, bo znajduje się niedaleko mojego domu w Warszawie. Kolumna upamiętniająca budowę traktu brzeskiego za czasów reform Duckiego-Lubeckiego w Królestwie Polskim. Ten warszawski jednak jest w dużo lepszym stanie, terespolski gryzie płatami rdza. Już za miastem, na leśnym wzgórzu, odnajdujemy mizar – tatarski cmentarz – przypominający o wielokulturowości Kresów.
Blisko Kodnia leży malutka senna wioska – Kostomłoty. Słynne to miejsce z powodu jedynej na świecie(!) parafii neounickiej będącej zarazem jedynym w Polsce ośrodkiem prowadzenia duszpasterstwa katolickiego w obrządku bizantyjsko-słowiańskim. Dawny proboszcz, legendarny ojciec archimandryta Roman Piętka jest już na emeryturze, z jego następcą rozmawiamy o pratulińskich męczennikach, to także ich sanktuarium.
Na Bugu we Włodawie
Słuchając przez lata w Polskim Radiu południowej informacji o stanie polskich rzek, trudno nie pamiętać słów: „na Bugu we Włodawie”. Miasto położone jest przepięknie na skarpie, nad która górują wspaniałe świątynie - kościół o.o. Paulinów i sąsiadująca z nim cerkiew. Nie można ich ominąć podczas odwiedzin tych okolic, podobnie jak imponującej synagogi ze wspaniale zachowanymi Pismami i przedmiotami liturgicznymi. Niedaleko od miasta można popluskać się w pięknym Jeziorze Białym i zadumać się ku refleksji przy obelisku stojącym na miejscu dawnego hitlerowskiego obozu zagłady w Sobiborze, wsławionym wielką ucieczka ok. 800 więźniów.
Do Kodnia można stamtąd wrócić katamaranem albo na kajakach, jednak trzeba wcześniej uzgodnić to telefonicznie z organizatorem, bo musi zebrać się odpowiednia liczba osób.
Na koniec, tuż przed powrotem do Warszawy, postanowiliśmy z Natalia zrobić sobie leniwe popołudnie. Mieliśmy już trochę dość ciągłego jeżdżenia na rowerach lub grania w siatkówkę. Wybraliśmy piaszczysta skarpę nad Bugiem. Upalna idylla skończyła się wylegitymowaniem przez patrol Straży Granicznej. Dobrze, że mieliśmy znajomych w Kodniu, bez tego mandat byłby murowany. No, tak – do Białorusi stąd nie dalej niż 20 metrów...
Warto pamiętać - jeśli ktoś chce powtórzyć nasz śmiały wyczyn - by chęć plażowania zgłaszać wcześniej w urzędzie Straży Granicznej w Kodniu.
Ale nawet gdyby przyszło bulić... To czy czas spędzony w tej bajkowej okolicy nie jest wart wiecej niż mandat za 50 złotych?...
Paweł Krzemiński
Natalia Krzemińska
fot. Joanna Pyszna





