Paradoks? Nie, rzeczywistość. Posiadacz niewielkiej ilości pieniędzy może je przepić, może wydać w jednej z modnych galerii handlowych, może zainwestować w kupon totolotka, może też kupić kilka jednostek uczestnictwa funduszu inwestycyjnego by nieco zarobić. Może też pieniądze schować do skarpety albo zanieść do banku. Może rozdać, jeśli taka jego wola. Z punktu widzenia państwa najlepiej oczywiście by było, gdyby je przepił – wpływy z podatku akcyzowego wszak są (obok wpływów z fotoradarów) znaczącą pozycją w budżecie. Przymusu przepijania na szczęście (jeszcze) nie ma, zatem obywatel ma pełną swobodę dysponowania zaskórniakami, wolno mu je nawet wywieźć z kraju czy w ogóle z Unii Europejskiej – drobniakami nikt przejmować się nie będzie. Wydawałoby się więc, że polscy obywatele mają pełną swobodę dysponowania posiadanymi pieniędzmi. Nic bardziej mylnego.

 

Problem zaczyna się w momencie, kiedy ów obywatel dzięki zaradności, pomysłowości, pracowitości zdoła te swoje niewielkie pieniądze pomnożyć, kiedy uda mu się zostać człowiekiem majętnym. Wtedy liczba możliwości gwałtownie spada. Nie wolno mu na przykład zapakować swojej forsy (zarobionej legalnie i opodatkowanej) w walizkę i wyjechać do ciepłych krajów. Seszele, Kajmany czy Andora odpadają. Jakiś nadgorliwy urzędas uznał wymienione miejsca za raje podatkowe i zakazał wywożenia tam pieniędzy. Dlaczego? Cóż, domniemane przyczyny wprowadzenia takiego zakazu są dwie.

 

Pierwsza jest taka, że obywatel mający pieniądze i chcący je zainwestować w raju podatkowym mógłby stracić ochotę do dzielenia się zyskiem ze swoim państwem macierzystym, co jest niedopuszczalne i w dodatku karalne. Państwo zatem, chcąc uchronić swojego obywatela przed pokusą, wprowadziło zakaz, którego złamanie podlega karze. I kropka. Teraz już nie tylko niezapłacenie podatku jest przestępstwem, ale już sama możliwość takiego zachowania jest uznawana za wystąpienie przeciwko ładowi i porządkowi społecznemu. Przyznam, że nie bardzo rozumiem. Przecież państwu powinno zależeć na tym, żeby obywatel się bogacił, żeby jego zasobność rosła. Powinno też mu zależeć (temu państwu) by ów obywatel wzbogaciwszy się na obcej ziemi chciał wrócić do Ojczyzny. Tymczasem taki zakaz ma skutek przeciwny – jeżeli już człowiek wyjedzie i się wzbogaci to wracać nie ma po co, bo jego własne państwo zrobi z niego kryminalistę, oskubie do gołej skóry z zarobionych pieniędzy i na koniec wsadzi do więzienia.

 

Druga przyczyna owego zakazu jest, z pozoru, logiczna: chodzi o to, żeby zablokować odpływ pieniądza z rodzimego rynku. Jest to tylko pozór, bo na przykład do Wielkiej Brytanii, Niemiec i innych krajów Unii Europejskiej mogę wywieźć dowolną ilość środków finansowych i nic mi za to nie grozi. W prostych słowach: nie chodzi o rodzimy (polski) rynek ale o rynek unijny. Polak wyjeżdżający z walizką pieniędzy na Wyspy Dziewicze staje się przestępcą we własnym kraju, choć za zarobione tam pieniądze zamierzał żyć w Ojczyźnie i jej rynek zasilać zarobionymi tam pieniędzmi. Polak wywożący cały swój majątek do Wielkiej Brytanii i oficjalnie ogłaszający, że jego noga i portfel więcej już nad Wisłą nie postaną jest  niewinną leliją i praworządnym obywatelem. Gdzie tu sens? Wygląda na to, że polskie władze wprowadzając tak nielogiczne, antyliberalne przepisy dbają o interes finansowy UE a nie dobro własnych obywateli, sprzedają wolność Polaków na rzecz interesów wspólnoty. To rzecz niesłychana i każąca się zastanowić nad kondycją moralną i polityczną polskich elit. Jest również działanie na szkodą własnej gospodarki, której potencjał zostaje w wyniku tych działań osłabiony.

 

Z powyższego wynikają bardzo niepokojące wnioski. Po pierwsze- osoby, wybrane w demokratycznych wyborach, reprezentujące suwerenny naród działają na szkodę tegoż narodu i każdego obywatela. Sprzeniewierzają się tym samym zaciągniętym podczas składania ślubowania zobowiązaniom, o obietnicach wyborczych nie wspominając. Po drugie- rządzący wykazują brak troski o dobro obywateli, zastępując je dobrem instytucji zewnętrznych. Postawa tak ociera  się niemalże o zdradę interesów własnego państwa. Po trzecie- osoby, którym powierzono troskę o stan kraju robią coś wręcz przeciwnego. Po czwarte- ci, którym konstytucyjnie powierzone zostało czuwanie nad zapewnieniem obywatelom praw takich jak wolność i swoboda działalności gospodarczej te właśnie wolności ograniczają. Ten wniosek prowadzi do pytanie, czy sprawą taką nie powinien przypadkiem zainteresować się Trybunał Stanu. Niestety- przed Trybunałem Stanu mogą postawić winnych ci, którzy solidarnie biorą udział w procederze naruszania podstawowych praw obywatelskich. Te smutne refleksje można by mnożyć co prowadzi do konkluzji, że rządzą nami ludzie (przez nas wybrani, co powinno skłonić nas do głębokiej refleksji), którzy są wrogami własnego państwa. To mocna słowa, ale trudno znaleźć łagodniejsze w momencie, gdy obserwuje się postępującą w zastraszającym tempie degradację państwa i dramat a niejednokrotnie demoralizację obywateli zmuszonych polityką swoich władz bądź do łamania prawa, bądź szukania normalnego życia z dala od Ojczyzny. Przykład ograniczeń w prawie do dysponowania własnymi zasobami finansowymi jest przecież jednym z wielu dowodzących, jak daleko zaszła arogancja i bezkarność władzy mieniącej się być demokratyczną.

 

Alexander Degrejt i Monika Nowak