Demokracja to dwa wilki i owca głosujące, kogo zjeść na obiad a wolność to uzbrojona po zęby owca, która podważa wynik głosowania. Stary dowcip, powie ktoś. I owszem, stary, ale doskonale opisujący system, w jakim przyszło nam egzystować. To my jesteśmy tymi owcami a wilki za nasze pieniądze siedzą w wygodnych fotelach i strzygą nas w najlepsze. W dodatku robią wszystko, by odebrać nam możliwość obrony, byśmy nie mogli podważyć wyniku głosowania i samemu decydować, czy chcemy być przekąską czy też może życzymy sobie zmian w jadłospisie. Przykładem takiego działania jest, m.in., prezydencki projekt nowelizacji ustawy o zgromadzeniach, który daje samorządom możliwość zakazu organizacji manifestacji, jeżeli „może ona zagrażać bezpieczeństwu publicznemu”. Co prawda dotyczy to tylko sytuacji, kiedy w jednym miejscu i czasie zostaną zgłoszone dwie lub więcej demonstracji, ale... przecież wystarczy skrzyknąć ludzi popierających władzę by zgodnie z prawem (na razie projektem prawa) zmusić ludzi krytycznych wobec niej do pozostania w domach. Stawiam orzechy przeciwko złotym rublom, że dla wielu przedstawicieli „ludu pracującego miast i wsi” to pomysł nęcący i nie do pogardzenia w sytuacji, kiedy nie można użyć psów pasterskich (czyt. ZOMO) do zaprowadzenia porządku w zbuntowanym stadzie owiec.
Demokracja to władza średniaków. Żadne obieralne gremium nie składa się z jednostek wybitnych właśnie dlatego, że jest obieralne i każdy uprawniony do udziału w wyborach głosuje według własnych sympatii. Geniusz zagłosuje na geniusza a idiota na idiotę a – powiem to bez ogródek choć może to się komuś nie spodobać – idiotów w społeczeństwie jest po prostu więcej. Najwięcej zaś jest przeciętniaków, którzy zagłosują na takich samych przeciętniaków, bo będą w nich widzieć odbicie siebie samych. Nie ma w tym niczego dziwnego, przecież każdy z nas chciałby mieć władzę skrojoną wedle własnej miary. I taką właśnie władzę posiadamy, władzę będącą statystycznym przekrojem społeczeństwa. Przykro mi to pisać, ale nieudolny rząd Donalda Tuska to nie efekt narodowego pecha, który trapi Polaków od wielu już dekad, ale odbicie nas wszystkich, którzy jesienią ubiegłego roku ruszyliśmy do urn.
Demokracja to wielkie kłamstwo. Wmawia się nam, że to my dzierżymy władzę, że to my rządzimy naszym krajem raz na cztery lata wrzucając do urny kartkę z nazwiskiem wybranego przez nas kandydata. A my wmówić to sobie daliśmy i nawet nie wyobrażamy sobie, by mogło być inaczej. Kiedyś ksiądz Tischner powiedział, że są trzy prawdy: prowda, tys prowda i gówno prowda. To jest właśnie ta trzecia. Po pierwsze: ordynacja wyborcza do sejmu uniemożliwia nam bezpośredni wybór kandydata, który nam najbardziej odpowiada bo głosujemy na listę partyjną według klucza: najpierw partia, potem człowiek. Bezpośrednio możemy co prawda głosować w wyborach do senatu, ale to w sejmie tworzy się prawo, senat to „izba refleksji i zadumy”, która tak naprawdę nie ma wielkiego znaczenia w procesie legislacyjnym. Nadziei na zmianę tego stanu rzeczy nie będzie tak długo, jak długo interes partyjny będzie stał ponad interesem Rzeczypospolitej, a na dzień dzisiejszy nie ma w parlamencie ugrupowania, które chciałoby to zmienić – nikt po prostu nie ma w tym interesu. Po drugie: Przez cztery lata pomiędzy wyborami nasi „przedstawiciele” mogą robić co im się rzewnie podoba a my możemy tylko załamywać ręce w bezsilnej złości. Nie mamy żadnego instrumentu pozwalającego ukrócić samowolę wybrańców narodu. Nie możemy ich odwołać, nie możemy postawić przed sądem, nawet zwyczajnie po pysku dać nie możemy bo oprócz immunitetu chroni ich cała armia ochroniarzy. Możemy jedynie wyjść na ulice by spuścić parę przez wentyl bezpieczeństwa, bo to jedyny efekt takich działań. Niedawne wielotysięczne demonstracje w obronie telewizji TRWAM pokazały, że rząd ludziom śmieje się w twarz i ma w głębokim poważaniu społeczne niezadowolenie.
Demokracja w rozumieniu takim, jakie dzisiaj nam się prezentuje to jedna wielka hucpa. Gdybym teraz wyszedł na ulicę i zadawał przypadkowym przechodniom tylko jedno pytanie: „czy chciałbyś aby Polską rządzili ludzie wybitni?” to 99 na 100 odpowiedziałoby twierdząco. Żeby jednak mogło tak być trzeba wprowadzić ograniczenie biernego prawa wyborczego. Nie może być tak, że każdy komu wpadnie do głowy pożyć sobie na koszt podatnika rusza w politykę. Najlepszym wydaje mi się ograniczenie wiekowe i majątkowe. Wiekowe dlatego, że człowiek starszy jest roztropniejszy od młodzika (nieprzypadkowo ludy pierwotne powierzają rządy nad plemieniem najstarszym jego członkom) i nie jest skory do głupich awantur. Majątkowe – bo człowiek zamożny jest mniej podatny na korupcję i – co nie mniej ważne – skoro potrafił zadbać o własny majątek to istnieje nadzieja, że o dobro wspólne zatroszczyć się też będzie potrafił. Przy czym musi zaistnieć jeszcze jeden warunek – człowiek piastujący wysokie stanowisko państwowe w przypadku podejrzenia o popełnienie jakiegokolwiek, nawet najdrobniejszego przestępstwa (przed czy w trakcie pełnienia funkcji) jest natychmiast usuwany ze stanowiska do czasu wyjaśnienia sprawy. Władza musi być nieskazitelna.
Zaproponowane przeze mnie rozwiązanie nie jest oczywiście doskonałe, ale w ziemskich warunkach niemożliwym jest takowe zaproponować – każde będzie obarczone błędem. Można na przykład zamiast wybierania władz zorganizować losowanie i na tej podstawie ustalać skład sejmu, senatu, wyłaniać prezydenta. Według rachunku prawdopodobieństwa władza w takim przypadku też stanowiłaby odbicie średniej statystycznej narodu a przynajmniej udałoby się zaoszczędzić grube miliony pochłaniane przez kampanię wyborczą i organizację głosowania. Moglibyśmy też mieć szczęście (w końcu i w lotto czasem komuś udaje się wygrać) i wylosować rząd jednostek wybitnych, które uczyniłyby z Polski raj na ziemi. Oczywiście pech też mógłby się nam trafić w postaci idiotów u steru, ale... cóż, odnoszę dziwne wrażenie, że do tego jesteśmy już od dawna przyzwyczajeni.

