Targowisko ciągnie się kilometrami. Znajduje się tuż przy granicy Republiki środkowo afrykańskiej z Kamerunem, a to miejsce gdzie spełniają się marzenia i można zarobić, afrykański Nowy Jork, no to zjeżdżają się tu tłumy. Przy drodze ściskają się, nachodzą na siebie małe sklepy sprzedające wszystko, od przeterminowanych leków po płaty wysuszonego mięsa z gratisowymi muchami. Te sklepy to rozpadające się, prowizoryczne budki, skonstruowane ze śmieci, błota, plastiku, drewna i blachy. Na czerwonej drodze tłum, przez który od czasu do czasu trąbiąc przeciska się ciężarówka albo motor. Pył wzbijany przez koła i stopy jest tak gęsty, że zamienia się w czerwoną mgłę,w której wszyscy brodzimy, która osiada na bosych dzieciach wracających przez targowisko do domu, na ich niebieskich mundurkach szkolnych, mgła, która powoduje, że światło staje się rdzawe.

Jedna z budek zwraca mają uwagę, można tu się napić piwa i obejrzeć mecz Juventusu. Ha, mecz już straciłem, ale zimny browar to fajna sprawa. O. Benedykt Pączka gdzieś mi zniknął, porwał go spotkany przypadkowo na drodze czarny ksiądz, Benek musi go wyspowiadać, tu i teraz, wśród trąbiących pojazdów, w pyle, z boku straganu sprzedającego kolorowe tkaniny.

Zimny browar okazuje się ciepły, bo w barze nie ma lodówki, ale najważniejsze, można usiąść i na świat popatrzeć. A tymczasem przy stoliku obok mnie rozgrywa się awantura teologiczna. Para muzułmanów, mężczyzna i kobieta, debatuje z dwójka chrześcijan na tematy najważniejsze.

„Zło istnieje i trzeba z nim walczyć a nie pozwalać mu trwać!” - woła muzułmanin, twarz ma pocięta bliznami plemiennymi. „Najważniejsze to wybaczyć” awanturuje się chrześcijanka czarna, ma kolorową suknię w kwiaty i bose nogi. „Czasem ludzie są tak źli, że trzeba ich zabić, Bóg oczekuje, byśmy zło powstrzymali, jak nie będziemy się bronić, przegramy”. „To wina naszych grzechów, a Jezus mówił, że trzeba wszystkim wybaczyć” - oponuje kobieta. I tak toczy się debata. W pewnym momencie zdenerwowany muzułmanin stwierdza „Jezus przyszedł tylko do żydów i był zwykłym człowiekiem”. Wtedy wtrąca się muzułmanka - „nie przesadzaj już, nie taki zwykły, bo zmartwychwstał, co nie?”. 
Tutaj wiara bywa eklektyczna, wymieszana...

Głosy podniesione, dynamiczna gestykulacja, ale widać też, że ludzie ci się znają i lubią, że ich powierzchowna złość w większej mierze jest elementem rytuału dyskusji. Niestety, kilkadziesiąt kilometrów dalej taka rozmowa mogłaby się skończyć rozlewem krwi.

Dziecko, które muzułmanka trzyma w ramionach zauważyło, że im się przyglądam. Spojrzało mi głęboko w oczy i potwornie się rozryczało. Albo dlatego, że białych rzadko widuje, albo dlatego, że mam brzydką gębę. To już pozostanie zagadką.

*

Zamordowano kilkunastu Francuzów. To dzieło zdegenerowanej bandyterki, wołającej, co akurat nie dziwi, „Allah Akbar”.

Ale wiecie co? Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Rzecz straszna się stała. I też miejsce uderzenia, środek Europy, kontekst tej sytuacji... To piękne, że reakcja Europy i was jest tak jednoznaczna...

Ale jednocześnie tu gdzie jestem, w Republice Środkowej Afryki, takie rzeczy są na porządku dziennym właściwie. Chociaż przesadzam, jest już lepiej, były na porządku dziennym. I co? Dobra, przyszły w końcu wojska ONZ, ale dzięki gigantycznej robocie misjonarzy. W większej części polskich. Którzy tu byli, i którzy tu będą. Z tymi ludźmi, co tu mieszkają. A to też ludzie, serio, mimo że nie mieszkają w Paryżu. A poza tym- nadal się tu zabija.

I to, że nie ma tu teraz ciągłego ludobójstwa, że ulice nie spływają tu krwią, to też zasługa naszych misjonarzy i ich roboty.

Byliśmy z braćmi Piotrem i Benedyktem Pączką na miejscu masowego mordu. Malutka wioska. Dookoła busz. Seleka zakradła się tu nocą, po cichu. Żeby zabić jak najwięcej. Mieszkańcy się w końcu zorientowali, ale za późno. nie wszyscy zdążyli uciec. Zostały głównie kobiety i dzieci. Zabite. Jeden z mieszkańców opowiada jak wrócił i znalazł swoje dzieci i żonę martwych. Zginęło kilkadziesiąt osób. A takich wiosek było wiele...

Jeden obraz zostanie mi na zawsze w pamięci. Piotrek i Benek stoją wśród gruzów i tłumaczą, prawie krzyczą. Mówią tym ludziom- musicie zapisać nazwiska, zapisać imiona! Kto zabił, kto był sprawcą, kto wtedy tym kierował! Nie możecie zapomnieć, nawet jeśli wydaje się Wam, że to nic nie da. Musicie to zapisać!

Bo ci ludzie tu są kompletnie bezbronni. Przyjdą, zabiją część, część ucieknie i wróci i znów będzie czekać, aż ktoś przyjdzie i zabije. Co najwyżej się będą modlić, by nastąpiło to później niż wcześniej. Dla nich takie życie jest normalne, naturalne. I ci biali misjonarze, którzy krzyczą na nich, by w końcu zrozumieli, że to nie jest normalne.

A oni nawet zaczynają tym białasom wierzyć. Bo widzieli, że te białasy nie uciekły, nie zostawiły ich, gdy było najgorzej. Bo te białasy są tu z nimi wciąż, przez lata.

I jest mi trochę smutno, jak widzę tych, co teraz tak pełne gęby mają oburzenia, a siedzą cicho, gdy się morduje gdzieś daleko, przykładowo jakichś chrześcijan, bo jak się jest cicho to się jest bardziej politycznie poprawnym...

Ale ok, cieszę się, że chociaż teraz się oburzają, lepsze to niż nic.

Dawid Wildstein

Tekst pochodzi z profilu Autora na Facebooku