To miała być podatkowa rewolucja, a skończyło się jak zwykle. Rząd Duńskiej Partii Liberalnej – Lewica chciał doprowadzić do tego, by rodacy Andersena oddawali nie więcej niż połowę swoich zarobków jako podatku dochodowego. Trudno powiedzieć, czy przyzwyczajeni do bajek Duńczycy w to uwierzyli, jednak nawet tego planu rządowi premiera Andersa Fogha Rasmussena nie udało się zrealizować. Z poparciem Konserwatywnej Partii Ludowej Lewica wprowadziła dwa progi podatkowe – 41 proc., oraz 56 proc. dla krezusów zarabiających ponad 55 tys. euro rocznie. Dotychczas funkcjonowały trzy stawki – 43, 48 i 63 proc.
Mimo to opozycyjni socjaldemokraci i socjaliści piętnują reformę jako „społecznie najbardziej niesprawiedliwą w historii ludzkości”. Dlaczego? Poza kosmetycznymi obniżkami rząd przeforsował bowiem parę innych zmian. By nie zmniejszyć wpływów do budżetu, Lewica obniżyła m.in. ulgi na dojazd do pracy, oraz kwotę wolną od podatku od odsetek kredytu. Ponadto „podatkiem zdrowotnym” zostały obłożone papierosy i... czekolada.
Reforma ma zachęcić rozpieszczonych przez państwo socjalne Duńczyków do podjęcia pracy, a także przyciągnąć pracowników zza granicy. Bowiem na rynku pracy tworzy się luka, gdyż na emeryturę przechodzą ludzie urodzeni w czasach powojennego wyżu demograficznego. Ekonomiści wątpią jednak w zrealizowanie tego celu. - Czy ta reforma zachęci 35-letniego amerykańskiego inżyniera z dwojgiem dzieci w wieku szkolnym do przeniesienia się do Kopenhagi? - pyta retorycznie przemysłowiec Asger Aamund.
sks/die Presse
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

