Wspólnym lekturom towarzyszy zawsze bliskość fizyczna – żeby zobaczyć ilustracje, trzeba być blisko mamy czy taty, trzeba się po prostu przytulić - opowiada Monika Moryń, autorka bloga o książkach dla dzieci.
Fronda.pl: Czy dzieci są dziś inne niż 20 lat temu?
Monika Moryń*: Myślę, że nie. Maluchy, te najmłodsze, nadal, jeśli pozwolić im na swobodę doświadczania, uwielbiają skakać po kałużach, potrafią bawić się godzinami kamykami, cieszą się z prostych rzeczy, na przykład krowy zobaczonej na polu. Potrzebują też – jak od wieków – przytulenia i miłości rodziców. To świat dookoła jest inny. Śmiem też twierdzić, że my - dorośli bardzo się zmieniliśmy.
Pani żartuje! Dorośli się zmienili?
A jakże! Więcej pracujemy, jesteśmy bardziej zmęczeni, nasze dzieci wcześnie trafiają pod skrzydła wychowawczo-edukacyjne. I to je manieruje. Im mniej czasu rodzic spędza z dzieckiem, tym bardziej ono „staje się obce”. Coraz trudniej później dotrzeć do dziecka w wieku szkolnym czy – tym bardziej – gimnazjalnym. Jest ono już tak zastawione telewizorami, laptopami, xboxami, które rodzice ustawili mu w sypialni, że trudno przedrzeć się przez te miliony głosów i opinii, które dziecko zna nieraz lepiej niż głosy i opinie własnych rodziców.
Zalew techniki może zabić w dziecku potrzebę czytania.
Tu znów wiele zależy od rodziców i tego, czy pokazaliśmy swoim pociechom świat kryjący się za literami. Uważam, że w każdym z nas, nie tylko w dziecku, jest ten głód opowieści, niestworzonych historii. Różnie sobie z tą potrzebą radzimy. Ci, którzy wyssali czytanie książek z mlekiem matki, właśnie do nich uciekają. Inni, których wprowadzenie w czytelnictwo zostało wcześnie zaniedbane, pocieszają się telewizją i filmami.
Julian Tuwim miał rację, kiedy mówił: „Maleństwo się rodzi, po pewnym czasie zaczyna mówić – i od razu, bez przygotowania, mówi nieprawdę. To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym. Potem dopiero głupiejemy, my, smutni dorośli ludzie”.
Nas dorosłych z błogostanu wyrywają troski dnia codziennego. Za to dzieci powinno się chronić od nadmiaru stresu, choć niestety często tak nie jest. Rodzice dokładają do tego swój kamyczek, gdy narzucają swoim pociechom wysokie wymagania, zarzucają im tydzień dodatkowymi zajęciami, co nie pozostawia wiele czasu na lekturę.
A czy my - dorośli mamy czas na czytanie książek? Zauważyłam taką tendencję, że rodzice bardzo dbają o edukację czytelniczą swoich dzieci, ale sami nie czytają prawie w ogóle. To wiąże się właśnie z tym ciśnieniem rodziców, żeby dziecko wcześnie (czyli już po 3 roku życia) się socjalizowało, nauczyło odpowiedniej ilości piosenek i wierszyków, poznawało drugi język obcy, brało udział w zajęciach dodatkowych… I do tego te przysłowiowe już 20 minut dziennie czytania. Plan idealny! Ja widzę to trochę inaczej. Czytanie nie jest czymś, co trzeba zaplanować sobie w grafiku. Czytanie powinno być przyjemnością, a jeśli tak – czas znajdzie się zawsze. Ot, choćby w autobusie. I dopuszczalne są też okresy kiedy się nie czyta, bo nie ma się ochoty.
Czy nie jest jednak tak, że dzisiejsze dzieci zbyt poważnie podchodzą do życia? Jedna z moich byłych uczennic, z 5 klasy podstawówki, przyznała mi się, że wstydzi się oglądać dobranocki. Czy dzieci wstydzą się czytać książki dla dzieci?
Może warto było zapytać, dlaczego się wstydzi. Problemem może być infantylizm, by nie użyć tu drastyczniejszego słowa, wielu współczesnych bajek dla dzieci. Proszę zauważyć, że dzisiejsze dobranocki to głównie kiepskiej jakości animacje komputerowe, zdecydowanie przekoloryzowane, z przesadzoną ilością bohaterów i de facto o niczym szczególnie ważnym. Też bym się wstydziła oglądać. Niestety podobnie jest z książkami dla dzieci – wiele z nich, oprócz tego, że napisane fatalną polszczyzną, razi kiczowatą grafiką. Na szczęście to nie reguła.
Tu muszę przyznać Pani rację, bo o tym nie pomyślałem. A w jakim wieku dzieci stają się na tyle samodzielne, że nie chcą już, by rodzice im czytali?
Moim zdaniem nie ma takiego wieku. I jako rodzice popełniamy pewien błąd, kiedy dzieci idą do szkoły i zaczynają uczyć się czytać. Po prostu zostawiamy je z tą trudną sztuką samym sobie, zadowoleni, że teraz już mamy spokój i więcej czasu dla siebie. To błąd. Nauka składania liter w słowa, a potem zdania, to czynność niezwykle trudna. Dołożyć do tego należy jeszcze zrozumienie przeczytanych fraz – na początku prawie niewykonalne. Dzieci więc łatwo się zrażają do czytania. Daniel Pennac w swojej książce „Jak powieść” twierdzi, że to pierwsza przyczyna, dla której gros nastolatków nie lubi książek. Wspomina także o eksperymencie na uczniach. Nauczyciel po prostu zaczął im czytać na głos (a czytał „Pachnidło”). Większość z nich nie dotrwała do 20 strony. Bynajmniej nie zasnęli na lekcji, po prostu ruszyli do biblioteki, by oddać się lekturze w samotności. A więc potrzebujemy wspólnego, głośnego czytania. My wszyscy.
Zatem w lekturze książek chodzi głównie o rozwój intelektualny dziecka.
Wpierw chcę zaznaczyć, że od rozwoju ważniejsza jest więź, która tworzy się między dzieckiem a rodzicem. Wspólnym lekturom towarzyszy zawsze bliskość fizyczna – przecież, żeby zobaczyć ilustracje, trzeba być blisko mamy czy taty, trzeba się po prostu przytulić. U nas to wygląda tak, że siadam po turecku, a dwuletni syn mości się na moich nogach jak w wygodnym fotelu. Do tego obejmuję go ręką, by w dłoni przed nim trzymać naszą lekturę. Otulam go całego. Jest bezpieczny, jak w kokonie, może nawet trochę jak w łonie matki… Czteroletnia córka przytula się do mojego boku, obejmują ją ręką i głaszczę jakoś tak mimochodem. Dlatego książka zbliża w sensie dosłownym.
A jeśli chodzi o rozwój...
...specjaliści podkreślają, że czytanie na głos stymuluje rozwój mózgu, znacząco wpływa na zasób słownictwa, rozwija dziecięcą wyobraźnię, kształtuje wrażliwość i moralność.
Na własnym poletku obserwuję również, że czytanie książek może pomóc w wychowaniu. Powstało sporo książek oswajających trudne tematy – narodziny młodszego rodzeństwa, wizytę u dentysty, pobyt w szpitalu czy nawet śmierć rodzica. Książka pozwala na sucho zmierzyć się z nową sytuacją, która może rodzić lęk. A ulubiony bohater w kulminacyjnym momencie może dodać maluchowi odwagi.
To faktycznie poważne tematy. A czy w książkach dla dzieci pojawiają się wątki, które dotąd były zarezerwowane dla książek dla dorosłych?
Tak. Zdecydowanie tak. Specjalizuje się w tym literatura skandynawska, która nie boi się podejmować nawet najtrudniejsze tematy. Całkiem niedawno na polskim rynku ukazała się książka dla najmłodszych traktująca o depresji matki – „Włosy mamy” Gro Dahle. Temat został tu ujęty jednak niezwykle poetycko, delikatnie, z wielkim szacunkiem dla młodego czytelnika. Coraz więcej książek dotyka problemów agresji, przemocy, złego dotyku (np. „Powiedz komuś!” Elżbiety Zubrzyckiej). W końcu zaczyna się pisać o dziecięcych emocjach, które do tej pory były traktowane po macoszemu (np. niezwykle mądra „Pierwsza lekcja szczęścia. O chłopcu, który nie chciał być smutny” Roba Goldblatta).
Może po prostu zatarł się podział na literaturę dla dorosłych i dla dzieci, który swoją drogą jest dość nowy.
Raczej nie. Wydawnictwa ściśle kategoryzują swoje książki, podając wiek czytelnika.
To może dorośli lubią sięgać do książek dla dzieci?
O, zdecydowanie! Ma to chyba związek ze wspomnieniami. Ostatnio nie mogłam oczu oderwać od książki Svena Nordqvista „Gdzie jest moja siostra?”. Autor stworzył wyjątkowe ilustracje, które bardzo przypominają mi obrazy Hieronima Boscha z ich głęboką symboliką, umiłowaniem i nagromadzeniem detalu, wielopłaszczyznowością oraz opowiadaniem kilku historii naraz. Kiedy przeglądałam obrazki, czułam się jak niegdyś, gdy jako mała dziewczynka godzinami wpatrywałam się w ilustracje, by co rusz odkryć w nich coś nowego. Pamiętam bardzo wyraźnie wrażenia z oglądania ilustracji Jana Marcina Szancera do „O krasnoludkach i sierotce Marysi”.
Ta ostatnia wpisała się już chyba do kanonu literatury dziecięcej. Czy książki, na których wychowały się poprzednie pokolenia, pozostają atrakcyjne?
Tak i wyjątkowo mnie to zaskakuje. Dzieci nie postrzegają świata „Małej Księżniczki” jako dziwnie dalekiego, choć przecież na chłopski rozum powinny. Zdaje się, że nie istnieją dla nich takie pojęcia jak staromodny, przedawniony, staroświecki. Myślę, że dzieci skupiają się bardziej na emocjach i samej opowieści niż na kontekście sytuacyjnym.
A jednak "modne” tematy się zmieniają. Indianie nie są już tak popularni, jak w latach 50. i 60. Czym teraz żyją dzieci?
Przedszkolaki pokochały bohaterów, których mogą oglądać w różnych, codziennych sytuacjach, czyli Franklina i Martynkę. Na tej fali powstaje więc sporo książek-serii z jednym bohaterem – Basia, Kamyczek, mysz Zuzia, Pan Kuleczka… Od wielu lat topowy temat dla chłopców wieku szkolnym to dinozaury. Dziewczynki, których uwagi nie skieruje się na inne tematy, pozostaną w świecie księżniczek i wróżek.
Czy w 2010 roku doczekaliśmy się książki na miarę „Kubusia Puchatka”?
Trudno mi tu wyrokować. Nie jestem specjalistką. Warto natomiast wspomnieć, że właśnie z końcem maja, nakładem Naszej Księgarni, wyszła kontynuacja „Kubusia Puchatka” i „Chatki Puchatka” A.A. Milne’a. „Powrót do Stumilowego Lasu” napisany przez Davida Benedictusa naśladuje styl Milne’a i został zaaprobowany przez spadkobierców autora. Podobnie rzecz się ma z ilustracjami Marka Burgessa, które wpisują się w styl E.H. Sheparda. To duże wydarzenie!
Jak wybierać dobre książki dla dzieci?
Przede wszystkim trzeba sobie dać czas. Jest prawie niemożliwym przejść się księgarniach, które dziś funkcjonują jak hipermarkety, i w zalewie tandety znaleźć coś mądrego, dobrze napisanego i wydanego z dbałością o estetykę. Sugeruję zrobienie rozeznania na przykład w Internecie (na blogach i serwisach o książkach dla dzieci) bądź kupowanie pozycji konkretnych wydawnictw (świetne książki zawsze wydają m.in. Zakamarki, EneDuerabe czy Literatura). Zawsze też można pójść z dzieckiem do biblioteki i poradzić się pań bibliotekarek.
A prywatnie, jakie Pani poleca?
Długo by wymieniać, zatrzymam się więc na kilku nazwiskach polskich współczesnych pisarzy dziecięcych. Uwielbiamy poczucie humoru Grzegorza Kasdepke i Małgorzaty Strzałkowskiej, świetnie nam się zawsze czyta Roksanę Jędrzejewską-Wróbel, zachwycamy się piękną polszczyzną Liliany Bardijewskiej. Co jakiś czas też wracamy do Doroty Gellner i Wandy Chotomskiej. Klasyka zawsze się broni!
Rozmawiał Michał Jasiński
Monika Moryń - z wykształcenia polonistka, z powołania - mama. Prowadzi bloga poświęconego literaturze dziecięcej: http://czytanki-przytulanki.blogspot.com.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

