Czy człowiek dziś potrafi w ogóle na coś czekać? Przyzwyczailiśmy się, że żyjemy w świecie, w którym wszystko jest „teraz” i „natychmiast”. Trudno, żeby pokoleniu „szybko żyjących” kazać na cokolwiek czekać, przecież nie ma na to czasu. „Nie ma czasu na to”, „nie ma czasu na tamto” - dobiega zewsząd, powtarzana jak mantra, wymówka. Kazać dzisiaj komuś na coś czekać, to jak z góry skazać to na niepowodzenie.
A jednak jest tak, że na ważne wydarzenia w życiu człowieka trzeba czasem poczekać. Samo jego pojawienie się na świecie poprzedza okres, co najmniej dziewięciomiesięcznego, oczekiwania. Czeka się na urodziny, pierwszą komunię, ślub, co jednocześnie jest okresem przygotowania do tych ważnych przeżyć. I to przygotowania nie tylko w charakterze takim czysto materialnym, ale przygotowania, poprzez które to konkretne wydarzenie staje się jeszcze bardziej uroczyste, podkreślone, „wyczekane”.
Adwent, z łac. adventus, oznacza dosł. przyjście. Odnosi się to do ponownego przyjścia Chrystusa na świat, ale jest czasem przypominającym o potrzebie oczekiwania na nie.
Ale czy my dziś w ogóle musimy czekać na święta? W momencie, w którym piszę te słowa, na paryskich Polach Elizejskich rozbłyska tysiące świateł. Świąteczna iluminacja ma przypominać, że Boże Narodzenie już blisko... czas pomyśleć o zakupach i prezentach. A przecież nawet jeszcze nie zaczął się grudzień... Ale po co szukać przykładów za granicą? W wielu polskich miastach świąteczne dekoracje porozwieszane na dachach i elewacjach budynków, czekają już tylko na jedno pstryknięcie palcem. W centrach handlowych od połowy listopada dumnie pysznią się ustrojone choinki a sklepowe wystawy zachęcają świątecznymi promocjami.
Jak tu czekać na Święta, skoro teoretycznie, one już są?! I jak się potem 24 grudnia nimi cieszyć, skoro człowiekowi pęka już głowa od tłuczenia wszędzie, gdzie się da, świątecznych piosenek? Piosenek, bo nie kolęd - te już dawno przestały być “modne”. I mogą jeszcze obrazić czyjeś uczucia (nie)religijne. Więc tłucze się w pętli nieśmiertelne „Last Christmas” albo „All I want for Christmas is you”. A to „you” to na pewno nie pod adresem Jezusa Chrystusa...
Nie zamierzam tu ani nikogo moralizować, ani grzmieć, jakimi to materialistami jesteśmy, i jakie to skomercjalizowane święta mamy. Pewnie, gdybyśmy tacy materialistyczni i konsumpcyjni nie byli, to przełom listopada i grudnia wyglądałby nieco inaczej. Co tu ukrywać, w dużej mierze to nasza wina. Ale też my sami, i tylko my mamy na to wpływ. I nie musimy tych Świąt przeżywać tak, jak chce się je nam zaserwować.
Umieć czekać, to być dojrzałym. Nie jak małe dziecko, które chce zerwać z drzewa twarde i jeszcze zielone jabłka, ale człowiek, który potrafi czekać, aż owoce dojrzeją i potrafi przewidzieć, w którym momencie będą gotowe do zerwania. Czasem w Adwencie, podobnie jak w Wielkim Poście, stawiamy sobie różne postanowienia, które mają nam pomóc w tym czasie przygotowania. Często zdarza się, że postanowienia te są ponad nasze siły, że stawiamy sobie wyrzeczenia, których nie jesteśmy w stanie zrealizować, co napawa nas jeszcze większą frustracją, gdy Adwent się kończy a my stajemy jakby z pustymi rękoma.
A to zupełnie nie na tym polega. Dobrze się przygotowywać to realizować się w roli, którą się pełni, najlepiej jak się da. Najwłaściwszą osobą, do której może porównać się człowiek, jest on sam, więc bez sensu jest stawianie sobie wymagań, które mają uczynić go kimś innym, bo to niemożliwe.
Ważna jest też motywacja, dla której się te postanowienia podejmuje. Czasem ludzie “wykorzystują” Adwent albo Wielki Post do swoich własnych celów. “Nie będę jeść słodyczy i codziennie będę biegać… (to będę mięć lepszą figurę na Sylwester), nie będę wydawać pieniędzy na nieprzemyślane zakupy… (to potem kupię sobie coś ekstra jako gwiazdkowy autoprezent), pochodzę co dzień na Roraty… (to będę taka przygotowana na Święta)”. Przykładów można by pewnie mnożyć w nieskończoność, ale po co?
Adwent to nie jest czas hołubienia samemu sobie. Postanowienia nie mają z nas zrobić kogoś lepszego niż w rzeczywistości jesteśmy. Oczywiście, owoce dobrych postanowień w połączeniu ze szczerymi intencjami mogą być dla nas z pożytkiem doczesnym i wiecznym, ale to jest jakby “efektem ubocznym”. W pierwszorzędnej kolejności Adwent ma w nas przygotować miejsce dla Kogoś… Nie dla nas samych i dla zaspokojenia swojego własnego egoizmu.
Nie umiemy czekać na jakąś fikcyjną postać, co to niby ma się narodzić w stajence? To może warto w Adwencie popracować nad dostrzeżeniem jej w drugim człowieku? W człowieku, który cierpi, albo któremu czegoś brak. W człowieku, który jest smutny i samotny, o którym nikt nie pamięta. W człowieku, którego wszyscy mijają, a nikt nie zauważa. W bezdomnym śpiącym pod wiatą autobusowego przystanku, w cygance z dzieckiem na ramieniu żebrzącej w tramwaju, w pani, która w podziemnym przejściu stoi kilka godzin trzymając w odrętwiałych rękach coś do sprzedania, w staruszku przy metrze Ratusz Arsenał, który chciałby komuś sprzedać zziębnięte tulipany. Wiem, że świata się nie zmieni, ale czasem wystarczy jeden uśmiech, żeby uczynić go lepszym…
Trudno nam uwierzyć, że małe dzieciątko może się urodzić w nas, że to sam Bóg może przyjść właśnie do mnie. Ale skoro dwa tysiące lat temu wybrał ubogi i brudny, śmierdzący żłób, to dlaczego dziś miałby nie wybrać Twojego serca? Być może grzesznego i poranionego, ale właśnie Twojego. Nie próbujmy wtłaczać w nasze ludzkie schematy Tego, który “ma granice Nieskończony”. Adwent to czas łamania naszych ludzkich granic.
„Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie”.
Marta Brzezińska
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

