„Na kolanach” – metoda na politykę zagraniczną wg Tuska & Sikorskiego
„Polityka miłości”, która zatriumfowała w relacjach Polski Tuska i Komorowskiego z Rosją Putina i Miedwiediewa, nastanie nowych, lepszych, chciałoby się rzec - braterskich - stosunków pomiędzy dwoma słowiańskimi narodami – hasła głoszone z wielkim natężeniem od czasu katastrofy pod Smoleńskiem, doskonale wpisują się w politykę zagraniczną prowadzoną przez nasz rząd także wobec Brukseli i Niemiec. Stoją jednak w opozycji wobec naszych relacji z USA i państwami Europy Środkowej i Wschodniej. Najważniejszym wyznacznikiem polskiej polityki zagranicznej wydaje się być kompletna i rzeczywista - a nie deklaratywna - rezygnacja z chęci odgrywania roli podmiotu w relacjach międzypaństwowych. Można powiedzieć, że „brzydka panna na wydaniu i bez posagu” nareszcie zrozumiała, że nie powinna więcej „wymachiwać szabelką” i „wałęsać się po Kaukazie”. Rząd zaś, jak i największe media w Polsce, przedstawiają kolejne ustępstwa, uległości i przytakiwania jako wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej, dla dużej części społeczeństwa polskiego wystarczą zaś stwierdzenia autorytetów moralnych i „niezależnych ekspertów”, że „świat się już z nas nie śmieje” i kolejne nagrody i poklask dla Donalda Tuska, które zyskuje zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Fakty jednak są nieubłagane. Pozycja Polski na arenie międzynarodowej spada w zastraszającym tempie i nie widać realnej możliwości na zmianę tej tendencji.
Polak - Rosjanin… dwa bratanki?
„Relacje Warszawy z Moskwą od dwudziestu lat nie były tak dobre” – takie hasło partia rządząca śmiało będzie mogła zaprezentować na swoim nowym spocie wyborczym. Starania rządu Donalda Tuska, który zarówno w sprawie katastrofy smoleńskiej, jak i umowy gazowej, robi wszystko, by w żaden, choćby najmniejszy sposób nie urazić Moskwy (pamiętne przeprosiny po rosyjsku wystosowane przez Pawła Grasia), spotykają się nie tylko ze zrozumieniem, ale wręcz z entuzjazmem salonowych mediów. Platforma Obywatelska jest przez nie chwalona za odpowiedzialność, przełamywanie stereotypów i otwartość na „wielkiego wschodniego partnera”. Daniel Olbrychski i Andrzej Wajda mogą być pewni, że ich wsparcie w kampanii „jedynie słusznej partii” w pogłębianiu relacji z Kremlem będzie nadal niezbędne. Donald Tusk wielokrotnie podkreślał, że jego zamiarem jest nawiązanie nowych, lepszych stosunków z Rosją, które to zostały nadszarpnięte przez agresywną i rusofobiczną politykę braci Kaczyńskich. Dlatego też polski premier zrezygnował z wetowania nowego porozumienia o współpracy UE z Rosją, sprzeciwiał się zaangażowaniu śp. Lecha Kaczyńskiego w obronę Gruzji przed rosyjską agresją, nie wykazywał żadnego zainteresowania sytuacją na Ukrainie. Nie zrobił też nic, by zachęcić Amerykanów do wybudowania w Polsce stałej bazy wojskowej – w ramach instalowania przez nich tarczy antyrakietowej. Zawoalowana pustymi zapewnieniami o przyjaźni polsko – amerykańskiej, rzeczywista chęć oziębienia stosunków z Waszyngtonem, stała się faktem. Dziś Polska weszła, po okresie bycia „amerykańskim koniem trojańskim w Europie”, na jedynie słuszne antyamerykańskie i prorosyjskie tory, które charakteryzują główny nurt polityki Zachodniej Europy.
Pożegnanie z Giedroyciem
Działaniom naszego szefa rządu dzielnie sekunduje minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który stwierdził, że Polska musi raz na zawsze pożegnać się z prowadzeniem „polityki jagiellońskiej” – i tym samym jasno dał do zrozumienia państwom Europy Środkowo-Wschodniej, że nie będziemy więcej w żaden szczególny sposób wspierać ich bezpieczeństwa i rozwoju. Potwierdził tym samym, że tereny te należą do strefy wpływów Kremla. Dla Polski decyzja ta oznaczała zrzeczenie się potrzeby budowania sojuszy państw tego regionu, które mogłyby się skutecznie wspierać zarówno wobec dyktatu Kremla, jak i niekorzystnych dla tej części Europy decyzji płynących z Brukseli. Ministrowi Sikorskiemu udało się w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Polska, jego słowami, ogłosiła, że nie będzie więcej „hamulcowym” ani dla interesów Unii, ani dla Moskwy. A tym bardziej idei szerokiej i ścisłej współpracy tych dwóch ośrodków.
Do ministra Sikorskiego dołączył prezydent Bronisław Komorowski, który zapewnił niedawno, że relacje Polski z Gruzją nie będą już tak mocne, jak miało to miejsce za czasów śp. Lecha Kaczyńskiego i że „on nie pojedzie na granicę tylko dlatego, że wymyślił to sobie prezydent Gruzji”. Dla Kremla takie deklaracje polskich władz są niczym miód na zbolałe kremlowskie serce. Nie raz bowiem Putina i Miedwiediewa musiały drażnić działania poprzedniego rządu Polski, który udowadniał swojemu wielkiemu sąsiadowi, że między nim a Niemcami żyje naród nie godzący się na prowadzenie wobec niego dyskursu za pomocą dyktatów i domagający się uznania swojego prawa do prowadzenia suwerennej polityki. Niestety, po obecnych relacjach Warszawy i Moskwy wyraźnie widać, że Rosja z nieobliczalnego i wciąż agresywnego państwa, przed którym należy się bronić, w ciągu krótkiego czasu stała się dla Polski krajem, o którego względy nie tylko należy zabiegać, ale także godzić się na szereg upokorzeń.
Bo Putin objął tak czule…
Decyzje o oddaniu prowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem, brak chęci wykorzystania możliwości jego współprowadzenia, co uzgodniono w umowie z 1993 roku, niepodjęcie nawet próby jego umiędzynarodowienia – świadczą o katastrofalnym stanie naszego państwa. Polska na rzecz putinowskiej Rosji - państwa rządzonego autorytarnie (żeby nie powiedzieć półtotalitarnie), w którym codziennością jest korupcja, mordy na dziennikarzach i opozycjonistach, które wykrwawiło Czeczenię, zaatakowało Gruzję, podsyca konflikty w krajach byłego ZSRS, uzależnia Europę Środkowo-Wschodnią od swoich surowców, wspiera reżimy i terrorystów na całym świecie i nigdy nie odcięło się od komunistycznej, ludobójczej przeszłości - zrzekła się dociekania prawdy o swojej narodowej katastrofie. Tylko zmasowana propaganda najważniejszych polskich mediów (nawet biorąc pod uwagę słabości naszej wspólnoty narodowej) mogła sprawić, że większy niż obecnie procent społeczeństwa nie uznał tej sprawy za kompletną kompromitację rządzących i absurd. Co więcej, śledztwo to prowadzą ludzie blisko związani z premierem Putinem, którzy na wstępie sugerowali wyłączną odpowiedzialność za katastrofę strony polskiej, choć już po kilku dniach od feralnego 10 kwietnia można się było dowiedzieć o dużej ilości błędów, zaniedbań i „dziwnych” zachowań strony rosyjskiej. Z ostatnich przekazów medialnych dowiadujemy się zaś, że MAK już szykuje raport końcowy ze śledztwa! Nagromadzenie ogromu absurdów, fałszów, półprawd i jawnych przekłamań nie przeszkodza mediom w Polsce wybielać na wszelkie możliwe sposoby Kremla i rządu Donalda Tuska i insynuować, że odpowiedzialność za katastrofę spada w głównej mierze na śp. Lecha Kaczyńskiego i jego megalomanię. Budowane na tym gruncie pojednanie polsko-rosyjskie pokazało, jak mała jest wiedza Polaków o naturze władzy zasiadającej na Kremlu, jej ambicjach, celach i sposobach ich realizacji.
Gazowy cyrograf
Wiedza o tym, że Moskwa realizuje swoją politykę zagraniczną za pomocą uzależniania innych stolic od swojego gazu i ropy, wydaje się nie być tajemnicą. Nie zmienia to jednak faktu, że informacji o najnowszej umowie gazowej, którą z Gazpromem podpisuje polski rząd, jej warunkach i konsekwencjach, jest jak na lekarstwo. Przyjrzenie się jej, mając w pamięci częste zakręcanie kurka z gazem Ukrainie i Białorusi i ciągłe zapewnienia kolejnych polskich rządów o potrzebie dywersyfikacji surowców, sprawia, że ciężko uwierzyć w to, by suwerenne państwo mogło podpisać tak niekorzystny dla siebie dokument. Niewiarygodnym jest sam fakt, że od rosyjskich dostaw, na bardzo niekorzystnych dla nas zasadach, chcemy się uzależnić do 2037 roku, zwiększamy przy tym import gazu z 8 mld m³ do ponad 10 mld m³, przy zasadzie, że za niewykorzystany gaz i tak będziemy musieli zapłacić („take or pay”), a nadwyżek nie będziemy mogli sami sprzedawać. Mimo że wydaje się, iż dzisiaj Polaków bardziej pasjonują kolejne prowokacje posła ze świńskim ryjem – to już niedługo wszyscy odczujemy na własnej skórze, jak „tani” jest gaz sprowadzany z Rosji. Zapowiadana już dziś podwyżka jego cen ma wynieść ponad 5 proc., a na Zachodzie w tym samym czasie spadnie nawet o jedną czwartą. Co więcej, zrezygnowaliśmy ze 180 mln długu, jaki ma u nas Gazprom za lata 2006-2009, a cena za przesył przez nasze terytorium tego surowca będzie dla Rosjan tańsza niż przez Białoruś.
O tym, jak cichaczem nasz kraj uzależniany jest od Moskwy, świadczy też to, że zgodziliśmy się, po bezpośredniej interwencji Putina, na utratę rzeczywistej kontroli nad EuRoPol Gazem, zarządcą polskiego odcinka rurociągu jamalskiego. Przed wyeliminowaniem udziałów Aleksandra Gudzowatego w Gas-Trading, jednej z trzech spółek tworzących EuRoPol Gaz, PGNiG miał 49,7 proc. udziałów, a Gazprom 48,6 proc., obecnie strona polska i rosyjska ma po 50 proc. udziałów, co przy zasadach zarządzania przesyłem gazu powoduje, że nasz kraj nie będzie suwerennie decydować o swoim odcinku rury. Wisienką na torcie, który za przyzwoleniem Tuska upichcił nam wicepremier Waldemar Pawlak, prowadzący rozmowy z Gazpromem, jest to, że firma ta będzie za pieniądze z długu wobec naszego kraju przyznawać stypendia dla studentów Uniwersytetu Warszawskiego, uczących się na kierunkach związanych z polityką i stosunkami międzynarodowymi. I tak z naszej kasy Putin i Co. będą kształcić kolejne prorosyjskie zastępy polskiej elity.
Po co nam te łupki?
Rząd Tuska broni się przed krytyką opozycji i ekspertów tym, że umowę będzie można renegocjować. Przyjmowanie rosyjskiego gazu na obecnych warunkach stawia jednak pod wielkim znakiem zapytania budowę gazoportu w Świnoujściu, do którego miałby płynąć surowiec z Kataru i ewentualne wydobycie gazu z łupków. Obie te możliwości, które powinny stanowić oczko w głowie rządu dbającego o interes narodowy, są dziś przez niego bagatelizowane i można mieć uzasadnione obawy, że nie zostaną odpowiednio wykorzystane. Jedyną nadzieję należy upatrywać w Komisji Europejskiej, która grozi pozwaniem Polski do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, gdyż umowa z Gazpromem, w jej ocenie, jest sprzeczna z zasadami unijnej konkurencji i zasadą jednolitego rynku gazowego. Uważa ona też, że powinniśmy udostępnić gazociąg jamalski stronom trzecim i zapewnić przepływ gazu w obu kierunkach, co wzmocniłoby bezpieczeństwo naszego kraju w obliczu rosyjskiego szantażu. Wydaje się, że w swoim rusofilstwie polski rząd wyprzedził już nawet zachodnich kolegów.
Zarówno terminal LPG, a w jeszcze większej mierze niekonwencjonalne wydobycie wielkich pokładów gazu w Polsce, jest wielkim zagrożeniem dla rosyjskiej dominacji i mogłoby skutecznie ograniczyć moskiewskie wpływy, a tym samym uniezależnić nas i cały region Europy Środkowo-Wschodniej od tego kraju. Czy los „łupków” będzie taki sam, jaki najprawdopodobniej stanie się udziałem naszego gazoportu, do którego dostanie się gazowców, ze względu na budowę rury Nord Streamu w poprzek drogi wodnej do Świnoujścia, może okazać się niemożliwe? Czy niedługo usłyszymy komunikat rządu stwierdzający, że projekt ten jest nam niepotrzebny, ze względu na brak zapotrzebowania przez nasz kraj większej ilości gazu, jak i na brak możliwości dostarczenia go do celu? Czy Polacy będą musieli w czasie którejś z ciężkich zim sami na własnej skórze przekonać się, czym grozi bycie na łasce i niełasce Kremla?
Wiwat Panowie Polacy!
Wyrzeczenie się walki o swoje interesy – nowa polska polityka zagraniczna firmowana przez Tuska i Sikorskiego, ze zrozumiałych powodów spotkała się z poklaskiem z zagranicy. Odpadł przecież gracz, z którym, ze względu na swoją wielkość terytorialną, ludnościową, położenie, tradycje i ambicje, trzeba by się liczyć i być gotowym wobec niego na ustępstwa. Polska była przez pewien czas państwem (w szczególności w latach 2005-2007), które nie godziło się na stosowanie podwójnych standardów wobec nowych członków Unii i mniej lub bardziej skutecznie sprzeciwiało się odgrywaniu roli statysty. Broniąc swoich interesów – Warszawa pełniła też rolę lidera regionu, co automatycznie powodowało stawanie w obronie stolic mało liczących się na mapie Europy. Przywoływanie koncepcji Józefa Piłsudskiego, podkreślanie braku zgody na uznawanie tego regionu za strefę wpływów Rosji i czynne wspieranie zagrożonych przez nią państw – taka postawa braci Kaczyńskich nie podobała się ani na Kremlu, ani na Zachodzie, ani w polskich kręgach lewicowo-liberalnych. PO po dojściu do władzy uznała, że wsparcie w tych ośrodkach można uzyskać tylko poprzez zanegowanie dorobku i idei poprzedników. Koncepcja ta okazała się sukcesem dla partii, ale porażką dla Polski, jak i całej Europy Środkowo-Wschodniej. Obecnie, kraje te, doskonale odczytując politykę polskiego rządu, widząc jego słabość i tchórzostwo, nie upatrują żadnego sensu w staraniach o nadanie swoim relacjom z Warszawą większego znaczenia. Polska klasa polityczna wciąż jednak oszukuje zarówno społeczeństwo, jak i samą siebie, że nasze ambicje i cele są poważnie traktowane w Europie i że mamy doskonałe stosunki z sąsiadami.
Udawane relacje
Iluzyjność dobrych relacji partnerskich najlepiej potwierdza przykład Litwy, o których nasi dyplomaci mówią, że są „najlepsze w historii”. Ze względu na wspólną państwowość, tradycje, kulturę i zagrożenia, oba kraje ze zrozumiałych powodów powinna łączyć ścisła współpraca. Okazuje się jednak, że nawet na tych kierunkach, na których poprzedni rząd starał się o zbliżenie i zacieśnienie stosunków, obecny ponosi same porażki. Elektrownia atomowa w Ignalinie – wspólny projekt z państwami bałtyckimi, rozpoczęty za rządów PiS-u, został zahamowany przez rządy PO-PSL. Ze zrozumiałych powodów projekt ten nie mógł spotkać się z przychylnym przyjęciem przez Rosjan, którzy promują wybudowanie reaktora w Okręgu Królewieckim. Ciekawe, który z projektów poprze rząd Donalda Tuska? Interesujące jest też to, czy będzie kontynuował plany swoich poprzedników, którzy chcieli włączyć Litwę, poprzez połączenie systemów elektroenergetycznych obu państw, do systemu europejskiego, co uniezależniłoby ten kraj od Moskwy. Aby pomóc sobie w odpowiedzi na te pytanie, warto prześledzić sprawę rafinerii w Możejkach, która, zakupiona w czasach rządów PiS, zostanie teraz, jak oceniają eksperci, sprzedana Rosjanom za połowę ceny. Nie ma się więc co dziwić, że Litwini zacieśniają stosunki z państwami skandynawskimi i nie uważają Polski za samodzielnego gracza.
Okazuje się też, że Warszawa nie tylko nie potrafi dbać o interes swoich partnerów na Wschodzie, a przy tym własny, ale nawet nie potrafi przekonać ich do lepszego traktowania swojej mniejszości. Mimo próśb i gróźb, a nawet zainteresowania sprawą Parlamentu Europejskiego, rządowi polskiemu nie udało się do tej pory poprawić losu prześladowanych na Białorusi rodaków. Pokazuje to z jednej strony, jak mało do zaoferowania mamy Aleksandrowi Łukaszence, z drugiej zaś, w jakim poważaniu ma naszą krytykę i uwagi. Co więcej, polski rząd, jak opowiadała mi szefowa Biełsatu Agnieszka Romaszewska-Guzy, nie potrafi zachęcić Unii do współfinansowania tej telewizji, w przeciwieństwie do choćby Litwy, która uzyskała wsparcie finansowe dla białoruskiego uniwersytetu w Wilnie. Jej zdaniem prezydent Białorusi nie widzi w Polsce takiego partnera do rozmów, jakim są choćby Niemcy, dlatego też lekceważy nasze żądania.
Mickiewicz przewraca się w grobie
Podobny stosunek do naszych uwag o lepsze traktowanie mniejszości polskiej miałoby zapewne Wilno, gdybyśmy chociaż odważyli się je sformułować. Na razie rezultaty kolejnych badań terenowych, przeprowadzanych przez badaczy z Polski, doskonale opisujące wszelkie niesprawiedliwości wyrządzane naszym rodakom, a także głosy przedstawicieli tamtejszej mniejszości, nie spędzają snu z oczu naszym politykom. Ponad ćwierćmilionowa rzesza Polaków na Wileńszczyźnie pozbawiona jest możliwości zapisu w dokumentach swoich imion i nazwisk po polsku, językiem tym nie można zapisywać też miejscowości, ani używać go w miejscach informacyjnych. Naszym rodakom utrudnia się otrzymanie zajętych przez władze komunistyczne majątków, a zmianami administracyjnymi ogranicza udział w samorządach. Co gorsza, od wielu lat trwa tam też próba agresywnej lituanizacji, poprzez stopniowe likwidowanie szkolnictwa polskiego. Ostatni rok przyniósł nasilenie tego procesu, co według szacunku ekspertów może doprowadzić do zamknięcia połowy polskich szkół. Jaka jest reakcja naszych władz na ten proceder? Utajnienie raportu z ostatnich badań stanu oświaty polskiej na Litwie, przeprowadzonego przez Studium Europy Wschodniej na prośbę Senatu RP. Opinia publiczna może sobie co najwyżej „wyrobić własne zdanie na ten temat” po przejrzeniu mapek i wykresów umieszczonych na senackich stronach internetowych. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Litwa jest członkiem Unii i obok indywidualnych układów z Polską, regulujących wzajemne traktowanie swoich mniejszości, obowiązują ją standardy europejskie. Ciekawe, czy niedawna, tajemnicza wizyta prezydenta Komorowskiego w Wilnie przyniesie jakieś zmiany. Na razie Warszawa woli kontynułować swoją ulubioną, wypróbowaną metodę - zamknąć oczy i robić dobrą minę do złej gry.
Chociaż nie stać nas na obronę praw naszej mniejszości i zrzekliśmy się roli regionalnego lidera i państwa prowadzącego samodzielną politykę wschodnią i „adwokata w Europie” dla takich państw jak Ukraina i Gruzja, to potrafimy jednak wykazać się inicjatywą w otwieraniu się Europy na Rosję. Ileż to razy słyszeliśmy stwierdzenia ministra Sikorskiego, że członkostwo Rosji w NATO byłoby elementem stabilizującym sytuację w regionie i wpływającym na jego bezpieczeństwo. Podkreślając nasze doskonałe relacje z tym krajem zaprosił on nawet Ministra Spraw Zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa na spotkanie z naszymi ambasadorami, co jest wydarzeniem bez precedensu na skalę światową! Co więcej, nikt nie potrafi wytłumaczyć, w jakim celu dostąpiliśmy tego zaszczytu. Idąc za ciosem polski MSZ przekonuje Unię, że powinna ona objąć małym ruchem granicznym mieszkańców Obwodu Kaliningradzkiego. Tak więc niedawny „adwokat w Europie” Ukrainy i Gruzji poszedł po rozum do głowy i zmienił swojego „klienta” na bardziej perspektywicznego.
Na Zachodzie bez zmian
Można mieć jednak wątpliwości, czy z taką pozycją międzynarodową, jaką obecnie zajmujemy, Polska mogłaby być adwokatem dla kogokolwiek i bronić czyichkolwiek racji. I chociaż jeszcze niedawno najważniejsze krajowe media szalały ze szczęścia, gdy przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został Jerzy Buzek, to dziś wszyscy załamują ręce, gdy okazało się, że wśród 115 szefów placówek UE nie ma żadnego Polaka, a wśród 1700 urzędników w służbie zewnętrznej Unii mamy tylko 36 rodaków. Małym pocieszeniem jest to, że „stara Europa” w podobny sposób potraktowała wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej (jedynych dwóch ambasadorów z tej części Europy pochodzi z Litwy i Węgier). Nie powinniśmy się jednak dziwić takiemu podejściu Brukseli, w końcu nie pierwszy raz wychodzą stamtąd sygnały świadczące o tym, że solidarność europejska to tylko ładnie brzmiący frazes. Sami przekonujemy się o tym na własnej skórze – w końcu, mimo naszych protestów, Gazociąg Północny i tak zostanie zbudowany, a Centrum Przeciwko Wypędzeniom i tak powstanie, nasze stocznie upadły, a niemieckie otrzymały państwowe wsparcie. Polska mniejszość narodowa w Niemczech do dziś nie może się doczekać przysługującego jej statusu. Stanu tego nie zmienią jednak kurtuazyjne wizyty prezydenta Komorowskiego w Brukseli, czy werbalne dowartościowywanie dawno już martwego Trójkąta Waimarskiego. Polityka „poklepywania po ramieniu” prowadzona jest bowiem tylko na użytek wewnętrzny, i ma za zadanie zminimalizować i tak słabą krytykę dokonań ekipy rządzącej i pokazać przedstawicieli PO jako dobrze odnajdujących się na światowych salonach. Polityka „tu i teraz” ma zapewnić Polakom nie tylko możliwość grillowania i cieszenia się ciepłą wodą z kranu, ale też święty spokój – najważniejsze w koncu udało się osiągnąć - nikt się już z nas nie śmieje, prawda? Przynajmniej, gdy patrzymy…
A przecież nie powinno być dla nikogo tajemnicą, że każdy, kto sprzeciwi się „dogadanym” przez Niemcy i Francję umowom, może zostać zrugany niczym Vaclav Klaus lub zyskać miano „hamulcowego postępu” jak śp. Lech Kaczyński. Kryzys finansowy doskonale zobrazował to, o czym wiele osób obserwujących bez różowych okularów Unię Europejską mówiło od dawna. Politycy dbają przede wszystkim o interes narodowy swoich krajów, bo wiedzą, że będą rozliczani przez wyborców stamtąd pochodzących. Ten oczywisty fakt wydaje się jednak nie trafiać do głów naszej postkolonialnej elity, która ciagle roi o jakimś wyzwoleniu się z hamującej rozwój indywidualny wspólnoty narodowej i roztopieniu się w uniwersalnej tożsamości europejskiej. Ciekawe, jak zinterpretuje ona „solidarność europejską”, jeśli strona polska nie będzie potrafiła/mogła ugrać „swoje” w budżecie unijnym na lata 2014-2020? To, że Francja i Niemcy nie pozwolą na to, by w ich interesie wypowiadał się brukselski establishment, najlepiej widać było na przykładzie wyboru prezydenta i MSZ tej organizacji. Najmocniej zaś fakt ten zaakcentował niemiecki Trybunał Konstytucyjny, który podkreślił, że wszelkie decyzje rozszerzające lub zmieniające kompetencje UE, aby obowiązywały w Niemczech, muszą uzyskać potwierdzenie Bundestagu (ewentualnie Bundesratu). Szkoda, że decyzja ta nie stała się przyczynkiem do szerszej dyskusji na ten temat i w naszym kraju. Cóż, najbardziej wpływowe środowiska w Polsce wolą prosty podział „Europa” vs. „Ciemnogród”. Wybicie ich z tego stereotypu powoduje tylko oskarżenia o antyeuropejskość i brak chęci modernizowania kraju.
Wyrzeczenie się prowadzenia niezależnej polityki wschodniej przez Polskę jest na rękę nie tylko Rosji, ale także Unii, która będzie mogła poprzez Panią Ashton prowadzić z Rosją „pragmatyczne” rozmowy (w stylu Bernarda Kuchnera w czasie wojny w Gruzji) i nie wiązać sobie rąk sprawami państw byłego ZSRS i jego „bliskiej zagranicy”. Nowa polityka historyczna Niemiec, powolne odrzucanie i relatywizowanie przez ten kraj odpowiedzialności za II wojnę światową, ambicje przewodzenia, poprzez struktury europejskie, całemu kontynentowi i kontynuowanie „specjalnych” relacji z Rosją, jest w Polsce tematem marginalizowanym. Ciągle nie wyswobodziliśmy się z myślenia peryferii, kolonii w stosunku do centrum. Dlatego też nasza klasa polityczna uznaje pozycję „na klęczkach” za jedynie możliwą i skuteczną.
Petar Petrović
Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

