- Nie można chować się za garsonkę Catherine Ashton - przekonuje Paweł Kowal, eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości
Potencjał polskiej reprezentacji jest taki, że powinna ona mieć powyżej 10 proc. udziału polityków każdego szczebla, a więc także ambasadorów. Powinno to dotyczyć ambasadorów w krajach, z którymi Polska wiąże szczególne zainteresowanie polityczne. Trudno sobie przecież wyobrazić, by Włosi zrezygnowali z wpływania na politykę Unii w basenie Morza Śródziemnego albo Hiszpanie nie chcieli wpływać na działania Unii wobec Ameryki Łacińskiej. Na tej samej zasadzie Polska w naturalny sposób powinna się spodziewać, że nasz wpływ na dyplomację w obszarze polityki wschodniej będzie istotny.
Szczerze mówiąc, nie ma co opowiadać, że Polska nie ma doświadczonych dyplomatów. Mamy bardzo doświadczonych dyplomatów, natomiast zawodzą tutaj politycy, którzy nie są w stanie zadbać o to, by ci dyplomaci mogli znaleźć odpowiednie miejsce w strukturach europejskiej dyplomacji. Możemy krytykować Catherine Ashton, ale ostatecznie za skuteczność naszej polityki odpowiada rząd. Nie można chować się za garsonkę Catherine Ashton.
Marek Magierowski pisze w „Rzeczpospolitej”, że dyplomaci USA górują nad ich odpowiednikami z UE pod względem przygotowania językowego. Koncentracja na znajomości odpowiednich języków obcych wbrew pozorom nie jest aż tak istotna. Amerykańska dyplomacja ma zasadę, że od tego zaczyna przygotowanie swoich dyplomatów. Oczywiście lepiej, jak znają język, ale to nie jest najważniejsze.
Głównym problemem jest koordynacja dyplomacji, to, że państwa narodowe starają się używać instytucji unijnych do realizacji własnych nacjonalistycznych celów. Obawiam się, że dyplomacja unijna pada ofiarą nacjonalizacji polityki przez duże państwa Unii. Również w tej sprawie widać duch kanału La Manche, czyli porozumienia kilku państw unijnych od strony europejskiej z Brytyjczykami, którzy za jakieś koncesje akceptują ten stan rzeczy. Nikomu nie zależy, by służby unijne wyrażały interesy wspólnotowe. Cały czas dominuje skłonność, by za ich pośrednictwem i pod ich przykrywką reprezentowano narodowe interesy.
A jeśli chodzi o kryteria wyboru dyplomatów, w polityce unijnej jest tak, że niezależnie od wszystkich formalnych uwarunkowań, których oczywiście może być bardzo dużo, ostatecznie liczy się siła rządu, który jest w stanie skorzystać z tych regulacji w taki sposób, żeby zapewnić reprezentację własnemu krajowi.
- Możemy się użalać nad sobą, ale sami zgodziliśmy się na rozwiązania, które wprowadza traktat lizboński - mówi dr Andrzej Szeptycki, z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
Wraz z postępującą integracją europejską mamy do czynienia z dążeniem do uwspólnotowienia polityki zagranicznej UE. W dość istotny sposób wpłynął na te kwestie traktat lizboński. I o ile wcześniej wspólna polityka zagraniczna wbrew swojej nazwie pozostawała w rękach przede wszystkim państw członkowskich czy prezydencji, o tyle teraz pierwszoplanową rolę odgrywa w niej pani Catherine Ashton, wysoki przedstawiciel UE ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, a kraje członkowskie mają na nią mniejszy wpływ. Do tej pory Komisja Europejska czy wysoki przedstawiciel pełniły dość ograniczoną rolę. Zobaczymy, co zrobi z tym pani Ashton. Podstawowe pytanie brzmi, czy unijna dyplomacja zacznie odgrywać bardziej znaczącą rolę. Jeżeli pozostanie równie wirtualna, jak w ciągu ostatnich 20 lat, to nie ma co „płakać nad rozlanym mlekiem”, bo tego mleka jest dość niewiele.
Poszczególne państwa nie mają formalnie prawa ani obowiązku posiadania procentowych udziałów w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych. Podobnie jest w dowolnym kraju o ustroju federacyjnym, takim jak np. Stany Zjednoczone. Żaden Kalifornijczyk czy mieszkaniec Alaski nie będzie użalał się, że zbyt mało ambasadorów pochodzi z jego stanu. Przerysowuję, ale chcę przez to powiedzieć, że integracja ma pewną cenę. Możemy się użalać, że nas nie lubią i dyskryminują, ale chciałem przez to podkreślić, że sami się zgodziliśmy na te rozwiązania, które wprowadza traktat lizboński.
Jeżeli uznamy, że te liczby nas bolą, to oczywiście Polska ma prawo próbować tę sytuację zmienić. Można podjąć działania o charakterze politycznym. Minister Sikorski mógłby spotkać się z panią Ashton i przekonywać ją, żeby mianowała kilku obywateli Polski w imię sympatii do naszego kraju, wspierania nowych państw członkowskich etc. Inne rozwiązanie, bardziej adekwatne, to rozwój profesjonalnej kadry dyplomatycznej, która mogłaby pracować dla UE.
Warto również zwrócić uwagę na to, że po wejściu w życie traktatu lizbońskiego Europejska Służba Działań Zewnętrznych jest w fazie tworzenia. Postanowienia traktatowe są dość ogólne. Dla ukształtowania się każdego mechanizmu instytucjonalnego ten pierwszy okres jest bardzo istotny, bo wtedy uciera się praktyka polityczna, nadbudowa nad fundamentem prawnym. Polsce i innym krajom łatwiej byłoby coś zmienić teraz niż za kilka, kilkanaście lat, dlatego że tworzywo jest jeszcze młode i elastyczne. Z czasem zamieni się ono w zestaw schematycznych, mniej lub bardziej formalnych procedur. Wtedy znacznie trudniej będzie je zmienić. W tym sensie z perspektywy Polski taka pula na starcie nie jest zachwycająca. Przyjmując hipotetycznie, że jeśli w przyszłości chcielibyśmy zyskać większe wpływy, to ktoś musiałby na tym stracić, a to może budzić opory.
- Kto wie, czy to nie największa porażka dyplomatyczna, odkąd powstał ten rząd - zastanawia się Łukasz Warzecha, komentator „Faktu”
Warto podkreślić, że autentyczne znaczenie i siła państwa odbijają się w tego typu sytuacjach, jak chociażby podział stanowisk. Polacy w ogóle są niedoreprezentowani w instytucjach Unii Europejskiej, jednak biorąc pod uwagę, jakie znaczenie ma mieć Europejska Służba Działań Zewnętrznych (jak formalnie nazywa się unijna dyplomacja), to owo niedoreprezentowanie jest bardzo znaczącą przeszkodą, która nie będzie nam pozwalała wpływać na unijną politykę zewnętrzną.
Bardzo wyraźnie widać tutaj kontrast między rzeczywistością a czczymi i banalnymi zapewnieniami, że wszyscy nas lubią, że jesteśmy bardzo szanowani – cytuję przemówienie nowego prezydenta wygłoszone po zaprzysiężeniu w Sejmie. Może i jesteśmy krajem szanowanym, ale mam podejrzenie, że ten szacunek i wyrazy sympatii wiążą się z tym, że nie stanowimy zagrożenia dla interesów innych krajów. Po prostu jesteśmy słabi.
Warto też przypomnieć, że w czasie, gdy przed paroma miesiącami odbywały się nieformalne rozmowy ministrów spraw zagranicznych Unii o tym, jak ma być urządzona Europejska Służba Działań Zewnętrznych, minister Sikorski nie znalazł czasu, żeby udać się na te rozmowy, ponieważ w tym czasie był niezwykle zajęty w kraju swoją kampanią prawyborczą. Takie są właśnie tego skutki.
W tekście w „Rzeczpospolitej” jest również mowa o tym, że część stanowisk pani Catherine Ashton rozdziela nie z konkursu, tylko według własnego uznania. Oczywiście tam żadnego miejsca dla Polaka także nie będzie. To gigantyczna porażka Polski, która jest największym krajem spośród ostatnio przyjętych do Unii Europejskiej. Polsce powinno przypaść na pewno co najmniej pięciu takich ambasadorów, jeśli nie więcej, przy czym na pewno nie powinny to być stanowiska ambasadorów w najmniej znaczących krajach. Skoro w tej chwili - a pewnie już tak zostanie – mamy tych stanowisk dokładnie zero, to jest to po prostu gigantyczna porażka dyplomacji rządu Donalda Tuska. Kto wie, czy nie największa porażka dyplomatyczna, odkąd ten rząd powstał. Bardzo jestem ciekaw, w jaki sposób minister Sikorski będzie się z tego tłumaczył, o ile w ogóle uzna za stosowne przedstawić nam jakieś wyjaśnienie.
Zmienić tę niekorzystną sytuację będzie bardzo trudno. Jeśli raz zostanie ustalony taki podział, to potem stanowiska mają tendencję do bycia dziedziczonymi. Jeżeli jakimś ambasadorem był Portugalczyk albo Belg, to prawdopodobnie po nim posadę przejmie kolejny Belg lub Portugalczyk. Wiąże się to również ze statusem urzędników unijnych i drogą ich kariery. Jeżeli Mikołaj Dowgielewicz mówi dzisiaj, że musimy dobrze przygotować naszych kandydatów na ewentualnych ambasadorów do konkursu, żeby była szansa chociaż na jedno czy dwa takie stanowiska, to też nie mówi całej prawdy. Konkursy w Unii Europejskiej są często tylko swego rodzaju formalnością. Nie zawsze mają tak obiektywne i jednoznaczne kryteria, żeby na każdym etapie dało się uciec od uznaniowości. Na takim etapie uznaniowym preferencje mogą być skierowane w stronę krajów starej Unii.
Jak w dłuższym okresie można by to zmienić? Przede wszystkim w ogóle prowadząc inną politykę. To sprawa zasadniczego paradygmatu, którym kieruje się dyplomacja państwa. Platforma Obywatelska przyjęła paradygmat całkowitej bierności, w którym bycie chwalonym i poklepywanym po plecach ma oznaczać to samo, co bycie szanowanym. To jednak nie jest to samo. Kraj, który ma bardzo złą prasę i którego nikt nie lubi, mimo to może być szanowany, jeżeli potrafi się rozpychać i walczyć o swoje. I to jest tak naprawdę ważne. Ważne są wymierne świadectwa – nie, ilu przywódców poklepie naszego premiera po plecach, ale to, ile pieniędzy dostajemy przy podziale, przy konstruowaniu unijnego budżetu, ile stanowisk dostajemy w unijnej dyplomacji czy Komisji Europejskiej. W tej chwili w Komisji Europejskiej Polska ma jednego dyrektora generalnego. Dyrektorzy generalni są w pewnym sensie ważniejsi nawet od komisarzy – komisarze przychodzą i odchodzą wraz z nową Komisja Europejską, wraz z nowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego, a dyrektorzy generalni mogą tam być przez lata. Jeden dyrektor generalny – to kompletna porażka.
not. MJ
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

