Czemu możemy podporządkować honor, czemu podporządkować Boga? Dobru narodu - powie niejeden. Ale czym jest dobro narodu? Zbyt łatwo można popaść w mnogość definicji, w płynności. Dla jednych dobro narodu to PiS-owskie państwo „solidarne”, dla drugich dobrem narodu będzie powrót starej poczciwej komuny, dla trzecich wreszcie - stworzenie wielkiej europejskiej rodziny beztlenowców, gdzie wartością jest pozbywanie się tradycji i wyzbywanie się tożsamości.
Błąd nacjonalizmu
Nacjonalizm jest ideologią, uznającą interes własnego narodu za wartość najwyższą. W politycznej teorii i retoryce, a czasem i w praktyce, przybiera formę religii, która w miejsce Boga stawia Ojczyznę. Tej religii nie należy mylić z patriotyzmem, czyli umiłowaniem ojczyzny, które nigdy nie wykluczało wiary - tak samo jak wiara nigdy nie sprzeciwiała się patriotyzmowi. Nacjonalizm - w przeciwieństwie do uczuć patriotycznych - jest doktryną, i to ex definitione sprzeczną z ideą chrześcijaństwa.
Chrystianizm bowiem jednoczy wszystkie narody, jest religią uniwersalistyczną, przekracza wszystkie granice. Twierdzenie, że państwo jest ważniejsze od wyznania - a więzy patriotyczne od religijnych - jest odwróceniem Chrystusowej hierarchii. Patriotyzm łączy bowiem ludzi jednej nacji czymś, co jest nie do końca może być zrozumiałe dla innej - własną historią, sztuką, kulturą, tradycją. Nacjonalizm, podkreślając istotę więzi patriotycznych i etnicznych, dorzuca jeszcze zazwyczaj argument suwerenności państwowej narodu, co skutkuje, niestety, myleniem dwóch różnych pojęć: „narodu” i „państwa”.
Granice każdego państwa są tymczasem wyznaczane przez ludzi: władców i polityków, niezależnie od tego, czy są to organizacje jedno- czy wielonarodowe, wszelkie granice łamie zaś wiara, która stoi ponad wszelkimi podziałami etnicznymi. Chrześcijaństwo - religia uniwersalistyczna - jako jedyna może zjednoczyć ludzkość na planie duchowym i przezwyciężyć biologiczne i kulturowe różnice między nacjami (rasami). Nacjonalizm tego jednak nie dostrzega i nie rozumie. Po części wynika to z gwałtownej i słusznej opozycji do lewackiego kosmopolityzmu, negującego jakiekolwiek odmienności między narodami (np. różnice inteligencji, predyspozycji, charakteru czy temperamentu) - po części jednak z błędnego traktowania religii tylko i wyłącznie jako jednego z elementów narodowej tożsamości.
Błędnego - gdyż Boga chrześcijańskiego nie można podporządkować niczemu. Bóg jest ponad ojczyzną, podobnie jak i honor. Nasi przodkowie nie bez słuszności mieli wypisane na sztandarach: „Bóg, honor, ojczyzna” - w tej właśnie kolejności. Przedkładanie ojczyzny nad Boga jest stawianiem różnego typu odniesień nad pewnik.
Bóg a ojczyzna
„Nieodpowiedzialny pasterz pasterzy”, kardynał Stefan Wyszyński - walcząc z polskim państwem ludowym - przypominał, że żadna ziemska władza nie będzie nigdy ponad boską.
Wyszyński, broniący wizji Polski jako przedmurza chrześcijaństwa stawiał - jak wykrzykiwał Gomułka – „swoje urojone pretensje do duchowego zwierzchnictwa nad narodem polskim wyżej niż niepodległość Polski”.
Skandaliczne dla towarzysza „Wiesława” przedkładanie wiary ponad rację stanu uderzało w polskie państwo komunistyczne, ale umacniało naród polski. Gomułka nie mógł się z tym pogodzić: „Jakże ograniczony i wyzbyty narodowego poczucia państwowości musi być umysł przewodniczącego episkopatu polskiego, który z tych tragedii, jakie spotkały Polskę, wyciąga taki tylko wniosek, że naród polski mógł „bardzo często być i bez króla, i bez wodza, i bez zwierzchników, i bez premierów, i bez ministrów, ale naród ten nigdy nie żył bez pasterza”.
Słowa I sekretarza partii komunistycznej w Polsce wielu potraktuje zapewne z przymrużeniem oka; niestety jednak, wielu dzisiejszych polityków narodowych, i to przy aprobacie części społeczeństwa, zajmuje wobec roli Kościoła i religii podobne jak Gomułka stanowisko. Chrześcijaństwo nazbyt rzadko postrzegane jest jako uniwersalna idea centralna oraz indywidualne powołanie osoby ludzkiej - to przede wszystkim nieodłączna część narodowej tradycji, służebna wobec misji narodu i racji stanu.
Znany publicysta narodowy, Jędrzej Dmowski, pisał przed kilku laty w „Myśli Polskiej”: „Niektórzy księża-biskupi, wypowiadali się nieraz krytycznie o obecnej rzeczywistości. Nie doczekaliśmy się jednak listu pasterskiego całego Episkopatu, w którym przedstawiona by została całościowa ocena sytuacji społecznej, ekonomicznej, moralnej i politycznej w III RP. [...] Z ambon prawie znikły słowa o konieczności praktycznej miłości Ojczyzny, o patriotyzmie jako integralnej części katolickiej moralności [sic!]. Wszelkie nawoływania do nowej ewangelizacji, nie oparte o skałę narodowej tradycji i interesów, zawieszone w nieokreślonej przestrzeni mdłego kosmopolityzmu, nie są w stanie wykrzesać z ludzi osobistej i narodowej jedności i mocy”.
Wypowiedź Dmowskiego nie jest żadnym wyjątkiem - podobne pojawiają się we wszystkich mediach powiązanych z narodowcami: „Naszym Dzienniku”, „Radiu Maryja”, „Głosie” itd. Pojęcia „ojczyzny” i „Boga” wymieniane są często na narodowo-katolickich łamach (i antenie) jednym tchem - tak jakby narodowość osoby, kwestia państwowości oraz polityka państwa miały decydujący wpływ na indywidualne zbawienie. Charakterystyczne jest, że wezwanie „my, Polacy” lub „my, Naród” to dla narodowców (alias narodowych katolików) chleb powszedni, tymczasem zwrot „my, chrześcijanie” jakby raził - wszak niektórzy z chrześcijan to nie prawdziwi Polacy...
Nacjonaliści posługują się Bogiem jako racją moralną swego nacjonalizmu. W trakcie wojny - sprawiedliwej czy nie - jedna nacja głosi zatem: „Bóg z nami”; druga – „Gott mit uns”. Jest to wynik myślenia kolektywnego, skażonego demokracją (nie przypadkiem nacjonalizmy powstawały wraz z rozwojem ludowładztwa - przed XIX wiekiem suwerenem był monarcha, a nie abstrakcyjny Naród) i wrogiego indywidualizmowi - albowiem Bóg jest z człowiekiem, nie z żadną nacją.
Nie oznacza to, że „każda wojna jest zła”, a „Chrystus był pierwszym pacyfistą (socjalistą)” - jak chcą lewicowi „chrześcijanie”. Wojna w imię Boga jest możliwa - ale tylko wtedy, gdy jest to walka w obronie Kościoła i chrześcijan przed bezbożnictwem. Wojna dwóch narodów (państw chrześcijańskich) to contradictio in terminis, podobnie jak śmiertelna bójka dwóch chrześcijan. W spór między państwami nie mieszajmy więc Boga; nigdy też nie módlmy się o zwycięstwo naszej Ojczyzny. Ziemię ojczystą - czy jest to Śląsk, Mazury czy Polska - należy kochać; nie można jednak łamać dla niej przykazań.
Stawianie idei jakiegoś kolektywu nad dobro ludzkiej osoby to fałszowanie prawdy chrześcijaństwa.
Realpolitik
Teoria - teorią; co jednak z tych rozważań wynika dla politycznej praktyki?
Polityka praktyczna, licząca się z realiami - Realpolitik - nigdy nie będzie przecież uznawać sentymentów religijnych, a cyniczne słowa Macchiavellego zawsze będą kłaść się cieniem na działania polityków.
Co zrobić w sytuacji, gdy niemiecki żołnierz-katolik „kolbami w drzwi załomoce”? Poddać się bez walki? Czy nie jest tak, że w czasie wojny lub konfrontacji politycznej interes narodowy (państwowy) jest ważniejszy niż jedność religijna i miłość bliźniego?
W erze demokracji - gdy suwerenem jest zwykle Naród (Lud) - jest to trudny problem moralny. Każdy jest obywatelem państwa, najczęściej narodowego, więc broniąc ojczyzny przed najeźdźcami, broni (chcąc nie chcąc) polityki dotychczasowego reżimu - w dodatku jako obywatel państwa jest do takiej obrony zobowiązany. W przeciwnym razie grozi mu oskarżenie o zdradę. Charakterystyczny jest tu casus Józefa Mackiewicza, któremu podczas II wojny światowej zarzucono kolaborację z hitlerowcami, bo z powodów moralnych odważył się krytykować sojusz ze Związkiem Sowieckim i politykę polskiego podziemia...
Inaczej jest z dawnymi monarchiami, które często były państwami wielonarodowymi, a pochodzenie etniczne poddanych (i suwerena!) nie było sprawą pierwszorzędną. Ewentualne wojny były de facto prywatnymi konfliktami suwerenów, którzy wynajmowali siły zbrojne, nierzadko cudzoziemskich najemników. Mogło więc dojść (i dochodziło) do sytuacji, w których „Polacy” opłacali Niemców do walki przeciw „Niemcom”. Używam cudzysłowu, gdyż „Polacy” mogli być Polakami, Litwinami i Tatarami, a „Niemcy” - prócz Niemców - Francuzami, Helwetami bądź Flamandami. Taka na przykład bitwa pod Grunwaldem była całkiem kulturalną potyczką, w której lokalni wieśniacy (Polacy? Mazurzy?) obserwowali widowisko z bezpiecznej wysokości okolicznych drzew. Mimo wielu krwawych ofiar, mimo wzajemnego okrucieństwa i nienawiści - przeciętny poddany króla Władysława Jagiełły nie musiał myśleć o patriotyzmie lub niepatriotyzmie swej religii.
Sytuację zmieniła reformacja, a następnie postępujący marsz demokracji, która z ludzkiej masy ulepiła suwerena. Lud jednego państwa musiał mieć w odróżnieniu od ludu państwa drugiego jakąś tożsamość - i właśnie wtedy na wszystkie możliwe sposoby zaczęto odmieniać tak popularne dziś słowo: „naród”. Do narodów przypisano wkrótce na stałe wyznanie: Polacy - katolicy, Rosjanie - prawosławni, Żydzi - wyznawcy judaizmu, Bośniacy - muzułmanie, które szybko poczęło funkcjonować w powszechnej świadomości jako jeden z wyróżników tożsamości narodowej, obok kuchni, ubioru, muzyki, obyczajów...
Było to pierwsze zwycięstwo nacjonalizmu nad chrześcijaństwem, które kilkanaście wieków wcześniej (głównie w wyniku starań świętego Pawła) jednako zafascynowało Żydów, Rzymian, Germanów czy Hellenów. Już pod koniec XIX wieku nikt nie dzielił chrześcijan na Niemców, Anglików i Hiszpanów, lecz na odwrót: przeliczano Niemców na katolików, luteran i ateistów.
Jahwe narodów
Dzisiejsza polityka to polityka demokratyczna - oparta na kolektywie, którego jedynym wspólnym mianownikiem jest de nomine: narodowość, a de facto: polskie obywatelstwo. W praktyce politycznej możliwa jest więc tylko chłodna kalkulacja, obliczona na zysk grupy polskich obywateli („narodu”) - oczywiście, zakładając idealizm oraz uczciwość rządzących... Taka postawa to „nacjonalizm”, tyle że w wydaniu politycznym - i w świecie demokracji trudno go kwestionować.
Czym innym jest jednak nacjonalizm „prywatny”, rozumiany nie jako strategia polityczna, ale doktryna popularna wśród narodu, nazywającego się katolickim (czyli „powszechnym”). Tak wyśmiewany przez lewicowe media syndrom „polskiego katolika” - katolika-nacjonalisty istnieje, stanowiąc realne zagrożenie i dla państwa, i dla właściwego rozumienia religii. I nie mówię tu wcale o przypisywanym narodowcom przez lewaków antysemityzmie czy ksenofobii, albowiem rzecz jest dużo poważniejsza - chodzi o samą istotę chrześcijaństwa.
Środowiska narodowo-katolickie (mam na myśli neoendecję, nie monarchistów!) - próbując mniej lub bardziej elokwentnie łączyć narodowy partykularyzm ze wzniosłym chrześcijańskim posłaniem - wydają się zapominać o źródłach tego posłania. Ile w tym winy demokracji i nieuczciwych ideologicznie nacjonalistów, ile odpowiedzialności Kościoła, który odszedł od wyrażającego się w rycie trydenckim uniwersalizmu - trudno stwierdzić.
Pozostaje dochować wierności słowom Pisma i to nie tylko „uniwersalnym” Ewangeliom Chrystusa, ale i „żydowskiemu” Staremu Testamentowi. To właśnie w Księdze Aggeusza napisano wyraźnie: „Poruszę wszystkie narody i przyjdzie Pożądany przez wszystkie narody, i napełnię ten dom chwałą - mówi Jahwe Zastępów”.

