"January" uczestniczył w porodzie żony i jak twierdzi, było to dla niego piękne i bardzo ważne przeżycie. Do dziś wspomina drżenie swoich rąk podczas przecinania pępowiny i płacz ze szczęścia zaraz po narodzinach dziecka. - Trzynaście godzin spędzonych z żoną na porodówce, to były najpiękniejsze chwile w moim życiu – pisze na forum wp.pl.

Nie wszyscy jednak podzielają ten pogląd. Użytkowniczka "Jola" w tym samym miejscu pisze: - Nigdy nie zgodziłabym się na obecność mojego męża przy porodzie. To jest obrzydliwe! Internautka "Viola" napisała natomiast, że kiedy jej kuzyn, pod presją żony i teściowej, zobaczył narodziny swojej córki, zaprzestał współżycia z żoną. Poród był dla niego prawdziwą traumą. Po roku małżeństwo się rozpadło.

Zdaniem użytkownika używającego nicka "Ol", poród zmienia wszystko. W pamięci pozostaje makabryczny widok pociętej kobiety. Taka trauma nigdy się nie zagoi i nie zabliźni.

Wielkim zwolennikiem porodów rodzinnych był polski położnik prof. Włodzimierz Fijałkowski, który w swojej książce "Szkoła rodzicielstwa" pisze: "Wbrew obiegowym, anegdotycznym wręcz opiniom, żaden ojciec asystujący przy porodzie nie zemdlał. I chociaż wielu z nich podkreślało swą dużą wrażliwość na wszelkie kojarzące się ze szpitalem zjawiska, to czynny udział w porodzie oraz skupienie uwagi na rodzącym się dziecku i potrzebach żony całkowicie eliminowały dawniej dostrzegane reakcje".

Grupa amerykańskich lekarzy, przekonanych o znakomitym wpływie obecności ojców na samopoczucie kobiety oraz przebieg porodu, wprowadziła tzw. porody rodzinne już na początku lat 70. W Polsce, pierwszy poród, w którym uczestniczył ojciec odbył się w 1983 roku.

 

JaLu/Wp.pl/Babyonline

 

Ważne lektury:

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »