Naprawdę nie życzę Polsce kompromitacji na Euro 2012. Cieszę się, że czeka nas święto futbolu i przez dwa tygodnie nie będziemy musieli oglądać wojny jego Nieomylności Słońca Peru z medialnym bogeymanem. Każdy potrzebuje odpoczynku od politycznej nawalanki. Szczegónie jak jest żenująca niczym późne filmy z otyłym Seagalem. Nawet jeżeli euro-sukces doda jeszcze trochę paliwa naszym, pożal się Boże, rządzącym to i tak będę trzymał kciuki by świat zachwycał się tą imprezą. Po igrzyskach i tak przyjdzie czas na rozliczenia, przed którymi tarczy nie zbudują nawet najsprytniejsi propagandyści z "telewizorni". Na razie światowe media rozpływają się w zachwytach nad naszymi stadionami i działaniami Polaków ( chodzi głównie o prywatnych właścicieli hoteli czy ośrodków sportowych). Niech tak pozostanie. Oczywiście jestem realistą i mam ograniczoną wiarę w to, że Polska dojdzie w mistrzostwach do strefy medalowej. Liczę jednak, że uda nam się pokonać reprezentację Grecji i nie będziemy do tego potrzebować „powera” Rockiego Balboa, który spowodował oklaski samego Gorbaczowa po wojnie na ringu z Ivanem Drago. Może być jednak tak, że w turnieju trafimy na Niemców i wtedy same sztuczki Franciszka nie pomogą. Wówczas będziemy potrzebowali Sly’a by przełamać złą passę. Już raz John Rambo wraz z polską legendą futbolu dał łupnia Niemcom, którzy palili w przerwie meczu papierosy w jarmushowym stylu z „Blue in the face”.      

 

 

Niedawno po raz kolejny było mi dane obejrzeć zdumiewający, absurdalnie patetyczny, ale jednocześnie cudowny i kultowy film „Ucieczka do zwycięstwa”, zrealizowany przez legendarnego reżysera Johna Hustona. Akcja filmu rozgrywa się w niemieckim obozie jenieckim podczas II Wojny Światowej. Nazistowscy propagandyści (już wiem skąd Tarantino brał inspirację do „Bękartów Wojny) organizują w obozie jenieckim mecz piłki nożnej, w którym Niemcy mają zmierzyć się z międzynarodówką jeniecką i bohaterko ją pokonać ku chwale führera. Tak się jednak niedobrze dla niebieskookich blondynów składa, że w obozie jenieckim znajduje się swoisty przedwojenny futbolowy dream team na czele z Pele, Bobbym Moorem i…Kazimierzem Deyną. Na dodatek w alianckiego Mourinho wciela się sam Michael Caine, który ma plan jak przechytrzyć Maxa Von Sydowa mówiącego z niemieckim akcentem. Do drużyny dołącza nawet nieporadny Jankes, który nie kuma czym jest „soccer”, w którego z wdziękiem wciela się sam Sylvester Stallone. Drużyna chce wykorzystać mecz by prysnąć nazistom w przerwie spotkania, korzystając z uprzejmości kopaczy z francuskiego ruchu oporu (south parkowy resistance się kłania!). Jednak niemiecka przewaga na boisku (wiadomo, kto zawsze wygrywa bez względu na to, kto gra- jak mawiał Lineker) wkurza wojenny Real Madryt do tego stopnia, że zawodnicy poświęcają wolność by dokopać szkopom. Chłopcy Caina (nie tak mocno wpienionego jak w „Harry Brownie”, ale na tyle mocno wpienionego) przegrywając po pierwszej połowie 1:4 wracają na boisko by wygrać mecz. Czy wygrywają? You bet your ….they do. I tego życzę naszym chłopakom, którzy powinni dostać DVD z „Ucieczką do zwycięstwa” od trenera Franciszka Smudy na dobranockę zamiast żony.  Ten film może zdziałać więcej niż słynne krasomówstwo naszego selekcjonera. Po co słowa?! Wystarczy Kazik Deyna z Rambo by zdobyć złoto…no dobra…by wyjść z grupy!

 

Łukasz Adamski