- Według oficjalnego komunikatu gen. Tatiany Anodiny, szefowej MAK, wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu, żaden nie przeżył nawet minuty. Klich podczas pobytu w Moskwie musiał widzieć jakieś dokumenty medyczne albo dowiedział się o rannych od kogoś z kolegów z rosyjskiej komisji i w wywiadzie mu się „wymsknęło" - czytamy w tygodniku. Portal wPolityce.pl przytacza fragment tekstu z rosyjskiej gazety. - Z zaświadczeń o śmierci niektórych członków polskiej delegacji wynika opóźnienie zgonów o 10-15 minut. Głowa polskiej komisji od wypadku lotniczego Tu-154 Edmund Klich wyjaśnił: „Niektórzy pasażerowie prawdopodobnie skonali jakiś czas po katastrofie, jednak w czasie upadku ulegli obrażeniom, nie dającym szans na przeżycie”. Powinno być wszystko jasne. Na forach do teraz przedstawia się szeroką interpretację wideozapisu. Polacy gadają o dwóch ludziach, którzy pojawili się po zderzeniu z ziemią polskiego samolotu w leśnej mgle - czytamy na portalu.

Dziennikarze "Gazety Polskiej" pytają, dlaczego polski rząd i prokuratura ukrywają przed Polakami i rodzinami ofiar, kim byli ci ranni, którzy przeżyli, kto i gdzie dokładnie ich odnalazł. - Czy byli reanimowani, czy ratowano ich na miejscu katastrofy, czy niektórych wieziono karetkami do szpitala, a jeśli wieziono, czy zmarli w drodze, czy na sali operacyjnej i w wyniku jakich obrażeń? I co ważne, jeśli niektórzy byli przytomni, czy zdążyli coś powiedzieć przed śmiercią? - pytają dziennikarze "Gazety Polskiej".

Tygodnik porusza również kwestię telefonu funkcjonariusza BOR do swojej żony tuż po katastrofie. - Funkcjonariusz BOR, który był na pokładzie Tu-154, Jacek Surówka – dziś ujawniamy, że to o nim pisaliśmy – dzwonił do żony zaraz po katastrofie, mówiąc, że jest ciężko ranny w nogi i że „dzieją się tu rzeczy straszne”? Po tych jego słowach połączenie zostało przerwane. Taką relację przedstawił nam jeden z dziennikarzy, który 10 kwietnia był w Smoleńsku. Według naszych informacji, Surówka miał telefon w sieci Orange. Dziennikarz ten próbował potem - jak twierdził - skontaktować się z żoną Jacka Surówki. Miała ona o telefonie męża opowiadać znajomym, ale okazało się, że nagle z niewiadomych powodów zamknęła się w sobie i odmówiła rozmowy. Spotkał się więc – jak mówi – z bratem funkcjonariusza, który potwierdził mu fakt takiej rozmowy telefonicznej, którą dziennikarz nagrał. Jednak dotychczas jej nie upublicznił z niewiadomych powodów - czytamy w  "Gazecie Polskiej". O sprawie informował również "Nasz Dziennik". Jednak do tej pory nikt nie podawał nazwiska funkcjonariusza.

„GP” dotarła wobec tego do brata Jacka Surówki. - Zaprzeczył, że taki telefon z miejsca tragedii miał miejsce. „O żadnych telefonach nie może być mowy, nic mi o tym nie wiadomo” – odpowiedział „GP”. Według informacji gazety także inny funkcjonariusz BOR, który był na pokładzie Tu-154, miał po katastrofie dzwonić do żony, ale miała wyłączony telefon. - Włączyła się poczta głosowa, a więc prokuratura może to sprawdzić. Wobec wypowiedzi Edmunda Klicha z 4 października dla „Młodego Komsomolca” o rannych, którzy przeżyli pierwsze chwile po katastrofie, prokuratura powinna przedstawić publicznie wyniki badania billingów ofiar. Mogą one spowodować nagłą zmianę w przebiegającym opieszale śledztwie - piszą dziennikarze.

Z zaświadczeń o śmierci członków polskiej delegacji wynika, że zgony niektórych pasażerów nastąpiły 10–15 minut po katastrofie.

Ł.A/GazetaPolska/wPolityce.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »