Sytuacja w Rosji od kilku lat stale się pogarsza. Kraj boryka się z problemami gospodarczymi, gigantycznymi problemami demograficznymi oraz tegorocznymi skutkami katastrofalnych pożarów w centralnej części państwa. Deficyt budżetowy kraju w 2010 roku wyniesie około 80 miliardów dolarów. Najważniejsze dla państwowej kasy zyski ze sprzedaży surowców energetycznych będą niższe z powodu światowego kryzysu. W pierwszej połowie 2010 roku import rosyjskiego gazu do Europy zmalał o 14 procent w skali roku. Rosja ma również kłopoty z produkcją żywności. Władze wprowadziły zakaz eksportu zboża. Pomoc w zapobieganiu głodowi zaoferowały Moskwie Chiny, które przyślą do Rosji ryż. Opłakany stan państwa, coraz większe problemy gospodarcze, spustoszenie dokonane przez pożary lasów doprowadziły do spadku poparcia dla władz rosyjskich, szczególnie w Obwodzie Kaliningradzkim.

Problemy kraju nie skłoniły jednak rządzących do rozpoczęcia rozmów o naprawie państwa, zmierzenia się z problemami, przygotowania reform i odbudowy kraju. Zamiast inwestować w naukę, szkolnictwo, opiekę medyczną, ratownictwo, czy walkę z korupcją, władze na Kremlu wolą prowadzić ekspansję polityczną i gospodarczą oraz rozwijać swoje wojsko. Mimo ewidentnej nieopłacalności Moskwa buduje Gazociąg Północny, który umożliwi jej szantażowanie energetyczne Europy Wschodniej i wzmocni jej pozycję w tym regionie. W ciągu kilku ostatnich tygodni Moskwa podpisała z kolei umowy związane z modernizacją rosyjskiej armii. Od Francuzów kupi okręty wojskowe Mistral, a od Izraela technologie i nowoczesną broń. Prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział też, że Rosja ma zamiar wciąż dominować na Kaukazie. Dowodem na to ma być m.in. przedłużenie obecności rosyjskich wojsk w Armenii. Przywódcy Rosji dali jasno do zrozumienia, że nie zrezygnują z ekspansywnej polityki. Niewykluczone, że wykorzystają ją do typowego dla Rosji odwrócenia uwagi od problemów kraju.

Rosja znów wielka?

Najskuteczniejszym sposobem na to byłoby rozpoczęcie działań wojennych w Europie. Najlepszym „kandydatem” na ofiarę zdaje się być natomiast po raz kolejny Gruzja. Moskwa i Tbilisi wciąż toczą wojnę, która obecnie przejawia się na salach sądowych i w ONZ. Brak działań wojennych nie oznacza, że prezydent Gruzji może spać spokojnie. Szczególnie, że to właśnie na chęć dominacji na Kaukazie wskazywał prezydent Miedwiediew, co daje podstawy do podejrzeń, że rosyjskie wojska mogą przygotowywać plan zdobycia Tbilisi. Przypuszczenia takie uwiarygadnia koncentracja wojsk rosyjskich w Abchazji i Osetii Południowej, oderwanych przez Rosję gruzińskich republik. Zdobycie stolicy kraju i obalenie znienawidzonego prezydenta Saakaszwilego w sposób skuteczny pozwoliłoby władzom Kremla na odwrócenie uwagi od sytuacji w swoim kraju. Putin z Miedwiediewem pokazaliby Rosjanom, że ich kraj znów jest wielki i znów dyktuje warunki światu. To spowodowałoby nie tylko odciągnięcie uwagi od kłopotów kraju, ale również mogłoby odwrócić tendencję spadkową poparcia dla premiera i prezydenta Rosji. Specyfiką rosyjskiego społeczeństwa jest oczekiwanie, że władza będzie silna i pokaże wielkość ojczyzny. Zdobycie Gruzji, postawienie całego świata zachodniego przed faktem dokonanym, byłoby więc spełnieniem oczekiwań obywateli rosyjskich.

Wydźwięk tych wydarzeń będzie jeszcze korzystniejszy dla Kremla, jeśli Władimir Putin zdecyduje się sięgnąć do swojego doświadczenia z końca lat 90., kiedy to jego koledzy z FSB organizowali zamachy na Rosjan, by zastraszyć ludność, wywołać wojnę z Czeczenią i zwiększyć szansę Putina na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Być może więc obecny premier znów zwróci się do kolegów z dawnych lat. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że rosyjskie media coraz częściej informują, że Władimir Putin nosi się z zamiarem powrotu na fotel prezydenta Rosji. Już raz drogę tę utorowały mu zamachy na rosyjską ludność cywilną. Niewykluczone jest zatem, że znów się pokusi o taką „kampanię” prezydencką. Pretekstem do wypowiedzenia wojny Gruzji może być więc seria zamachów terrorystycznych, których organizatorzy będą mieli „powiązania” ze służbami gruzińskimi. Warto więc przyglądać się wszelkim doniesieniom z Rosji dotyczącym zamachów terrorystycznych. Każdy z nich – ostatni został przeprowadzony we Władykaukazie w Osetii Północnej – może okazać się akcją rosyjskich służb specjalnych, którą Kreml wykorzysta do ataku na Gruzję. Jeśli więc po którymś z zamachów strona rosyjska zacznie mówić o możliwych powiązaniach terrorystów z Tbilisi, oznaczało to będzie, że operacja wojenna przeciwko Saakaszwilemu już się zaczęła.

Kraj osamotniony

Sytuacja Gruzji jest obecnie nie do pozazdroszczenia. W przypadku agresji rosyjskiej nie ma ona żadnej szansy na pomoc któregokolwiek z państw. Stany Zjednoczone nie staną w jej obronie, ponieważ muszą utrzymywać dobre stosunki z Moskwą, której poparcie potrzebne jest im do rozwiązania kwestii programu nuklearnego Iranu. Waszyngton nie poświęci rozwiązania konfliktu wokół Teheranu dla małego kraju na Kaukazie. Europa Zachodnia również nie zrobi niczego, czyli zachowa się tak samo jak w czasie pierwszej wojny w 2008 roku. Wtedy jedyną mocną reakcją na agresję Rosji była inicjatywa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wraz z przywódcami krajów Europy Wschodniej poleciał do Tbilisi wesprzeć politycznie prezydenta Saakaszwilego. Deklaracja prezydenta Bronisława Komorowskiego, że gruziński przywódca nie będzie mógł na niego liczyć w takim samym stopniu jak na Kaczyńskiego, nie pozostawia złudzeń – Polska również nie zorganizuje żadnego wsparcia dla napadniętego kraju.

Wygląda więc na to, że Rosja ma otwartą drogą do inwazji na Gruzję. Odwracanie uwagi od swoich problemów jest taktyką stosowaną przez władze wszystkich państw. Bardzo więc prawdopodobne, że Moskwa skusi się łatwym łupem i zajmie Tbilisi. Upiecze przy tym zresztą więcej niż jedną pieczeń. Nie tylko zdobędzie skuteczne narzędzie w prowadzeniu wewnętrznej propagandy i obali znienawidzonego prezydenta, ale również kolejny raz przetestuje Zachód. Choć Gruzja nie jest formalnym sojusznikiem NATO, to jej związki wojskowe z USA są silne. Jeśli więc Sojusz i USA nie zareagują na wojnę w Gruzji w żaden sposób, Moskwa się rozzuchwali i może zacząć prowadzić bardziej konfrontacyjną politykę wobec państw Paktu Północnoatlantyckiego. Swoje działania skieruje wtedy ku naszemu regionowi. Może próbować testować NATO organizując prowokacje w republikach nadbałtyckich. Jeśli USA uznają wtedy, że nadal ważniejsze jest dla nich rozwiązanie kwestii Iranu, sytuacja naszego regionu oraz Polski pogorszy się diametralnie. Gruzja może więc być poletkiem doświadczalnym dla imperialistycznej rosyjskiej polityki. Europa, w szczególności Wschodnia, powinna więc przykładać szczególną uwagę do stosunków z Tbilisi i wspierać ją we wszelkich konfrontacjach z dużym sąsiadem. To, co zacznie się bowiem w Gruzji, szybko może przyjść i do nas.

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »