- Żadne wiarygodne doniesienia naukowe nie potwierdzają opinii wyrażanych przez księdza profesora. W mojej opinii cała ta sytuacja prowadzi do stygmatyzacji dzieci urodzonych w wyniku sztucznego zapłodnienia, a także ich najbliższych - powiedział Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. O stygmatyzacji wypowiadać się nie będę, bo równie dobrze można powiedzieć, że pisanie o szkodliwości palenia prowadzi do stygmatyzacji palaczy i zakazać wypowiadania się o wpływie papierosów na na rozwój raka płuc. Zamiast tego proponuje Markowi Michalakowi krótką lekcję o skutkach ubocznych metody zapłodnienia in vitro.
Najczęstszym skutkiem, może jeszcze nie tak groźnym, ale zasługującym na uwagę, tego typu poczęcia jest fakt, że dzieci powstałe w wyniku procedury zapłodnienia pozaustrojowego rodzą się zazwyczaj z o wiele mniejszą (niską lub nawet bardzo niską) masą urodzeniową w porównaniu z dziećmi poczętymi normalną metodą. Wystarczającym wyjaśnieniem tego zjawiska nie jest zaś fakt – jak wynika z badań opublikowanych na łamach „New England Journal of Medicine” – że ciąże IVF są częściej niż w pozostałej populacji ciążami mnogimi. Ryzyka urodzenia dziecka z niską lub bardzo niską wagą urodzeniową nie da się wyjaśnić także przez różnice w wieku matek, poziomem materialnych warunków rodziców itd. Zdaniem naukowców wynikają one raczej (choć zastrzegają, że sprawa wymaga dalszych badań) z samej metody zapłodnienia in vitro.
U dzieci poczętych taką metodą ponad trzykrotnie częściej występują zespół Beckwith-Wiedemanna oraz zespół Angelmana. W standardowej grupie badawczej schorzenie to występuje raz na 15 tysięcy urodzin, wśród dzieci poczętych metodą in vitro raz na 5 tysięcy urodzin. Obie te choroby wykrywane są nie w okresie płodowym, ale dopiero później. Zespół Beckwith-Wiedemanna charakteryzuje się gigantyzmem, przepukliną pępkową, przerostem języka, nowotworami wielu organów, hipoglikemią i zaburzeniami neurologicznymi na skutek mutacji chromosomów. Zespół Angelmana związany jest z objawami neurologicznymi: upośledzeniem umysłowym, ataksją, padaczką, charakterystycznymi ruchami przypominającymi marionetkę i napadami śmiechu bez powodu.
Dwukrotnie częstsze (to znowu New England Journal of Medicine”) niż u dzieci poczętych w sposób normalny są również u osób poczętych w wyniku zapłodnienia in vitro poważne defekty urologiczne, kardiologiczne, a nawet mięśniowo-szkieletowe. Lekarze wskazują wprawdzie, że część odpowiedzialności za tak podwyższone ryzyko schorzeń może ponosić wiek matek decydujących się na taką formę prokreacji, ale nie wykluczają przy tym, że nie mniej istotny może być wpływ samej techniki zapłodnienia in vitro. I wreszcie, by pozostać tylko przy kilku zasadniczych przykładach – dzieci poczęte w wyniku procedury in vitro cierpią częściej na rzadkie dziecięce nowotwory oczu. Wszystkie te badania, mimo że potwierdzone autorytetem uczonych, zawsze opatrywane są zastrzeżeniem, że ich potwierdzenie wymaga dalszych pogłębionych studiów. Tyle tylko, że w przypadku jakiegokolwiek leku, który miałby tak istotny wpływ na zdrowie pacjentów i stwarzał tak wielkie niebezpieczeństwo, już dawno postarano by się o wycofanie go z obiegu.
Jeśli więc Michalak chce rzeczywiście wypowiadać się na temat in vitro to odsyłam go do badań. „Gazeta Wyborcza” czy ulotki lobby pro in vitro nie wystarczą, żeby wyrobić sobie zdanie. A do tego trudno nie dostrzec, że rzecznik praw dziecka bardziej niż o wielki biznes powinien się troszczyć los dzieci. Także tych przechowywanych w beczkach z ciekłym azotem.
Tomasz P. Terlikowski
