Odpowiedzi na to pytanie oczywiście nie ma, bo konserwatywna Polska nie tylko nie boi się seksu, ale wręcz jest jego wielkim propagatorem. Tyle, że w odróżnieniu od Polski liberalnej, tej od Lisa i jego kumpli, jest zdania, że ludzie powinni się – w małżeństwie – kochać, a nie wciąż o tym gadać, i że najlepszym kontekstem seksu jest sypialnia i relacja dwojga ludzi, a nie okładki, artykuły czy audycje. Z seksem to podglądactwo i gawędziarstwo „Newsweeka” ma mniej więcej tyle wspólnego, ile pornografia.
Konserwatywna Polska, i to kolejna rzecz, której się ona nie boi, w odróżnieniu od tej liberalnej, nie obawia się też dzieci. I dlatego – w odróżnieniu od liberałów – my nie musimy się truć hormonami, nie mamy potrzeby zakładać na siebie, przed seksem gumowych ubranek, ani zabijać poczętych już dzieci. Jesteśmy wolni od takich rzeczy, bo nie tylko nie boimy się seksu, ale też jego skutków.
I jeszcze jedno, tak wyśmiewana „cnota”, czy wstydliwość stoją na straży normalnego, zdrowego układu między ludźmi. Wyuzdanie i bezwstyd wcale nie umacniają miłości, także w jej wymiarze erotycznym. Ale, żeby tego doświadczyć trzeba przestać bać się miłości...
Tomasz P. Terlikowski
