Publicysta "Rzeczpospolitej" relacjonuje, że pewien bliski współpracownik Tuska chętnie opowiada anegdotę, która stanowi "szczególny koszmar" dla premiera. Chodzi o sytuację z krakowskiego pogrzebu Lecha Kaczyńskiego, który odbył się 18 kwietnia 2010 roku. Tusk przeszedł kilka kilometrów, słysząc obraźliwe opinie na swój temat ze strony zwykłych ludzi.

 

"Tak się składa, że autor tego tekstu szedł w tym samym pogrzebowym kondukcie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od premiera, któremu towarzyszyli ministrowie: Ewa Kopacz i Michał Boni. Z wielkim tłumem żałobnicy zetknęli się jedynie na początku, zaraz po wyjściu z kościoła mariackiego na krakowski rynek" - tłumaczy Zaremba.

 

Publicysta podkreśla, że już później, gdy kondukt szedł ulicą Grodzką, nie obrzucano premiera obelgami, choć możliwe, że zetknął się jeszcze z jakimiś wyrazami dezaprobaty. "Ale to nie była scena jak z filmu Śmierć prezydenta, kiedy to Gabriel Narutowicz zbiera nie tylko inwektywy, ale i grudki śniegu na swoją twarz . Choć spiskowe teorie buzowały naturalnie gdzieś w Internecie od pierwszych chwil, choć Jan Pospieszalski i Ewa Stankiewicz utrwalili antytuskowe nastroje w swoim pierwszym filmie Solidarni 2010" - czytamy w weekendowym dodatku "Plus Minus".

 

Piotr Zaremba uważa, że "Tuskowi jakiś drobny dyskomfort z tamtego dnia zlał się w jedno z tym, co słyszał czy czytał później". Zdaniem publicysty możliwa jest też opcja, że otoczenie premiera specjalnie stworzyło taką mityczną sytuację, aby go "bardziej uczłowieczyć i wzbudzić współczucie".

 

"Ale możliwe też, że nie jest to operacja robiona na zimno, w każdym razie nie całkiem. Można sobie wyobrazić, że zbierając doświadczenia następnych miesięcy, premier Donald Tusk sam już wierzy w ów groźny tłum, który chce mu odebrać godność, poniżyć, przestraszyć. Czy się go boi? Nie wiem. Dowiódł wiele razy, że labilny i zmienny, nękający swoim rozchwianiem i niepewnością ludzi z najbliższego otoczenia, w kluczowych chwilach ma nerwy jak postronki. Ale naturalnie może się bać. Wypadnie do tego jeszcze wrócić" - puentuje Zaremba.

 

AM