Południe, 19 października. Powązki jesienią są przepiękne. Aby dojść na kwaterę „Ł”,  trzeba przejść cały cmentarz. Idąc główną aleją, mija się grób komunistów Władysława Gomułki i Karola Świerczewskiego, a idąc z drugiej strony – rzędy pochylonych pomników ofiar katastrofy smoleńskiej. 

 

Przy pomniku na „Łączce” trawa tak się zieleni, że nie widać, aby latem były tu wykopywane ludzkie szczątki, że latem stały tutaj długie rzędy małych trumien. Spokój i cisza. Tuż pod cmentarnym murem, kilka metrów od plastikowej budki WC i grobów wysokich rangą oficerów, kopiec świeżo wykopanej ziemi, dół.  Zaglądam do środka. Brązowa czaszka, szkielet… Tutaj? Tak blisko cmentarnego szaletu? Dwaj młodzi archeolodzy w rękawiczkach, specjalistyczne narzędzia, plastikowa butelka z wodą… Jeden z nich, kopiąc latem na Łączce powiedział, że szczątki, które wydobywają z ziemi, to elita Polskiego Państwa Podziemnego. Utrwalił tę wypowiedź w filmie, który obecnie powstaje o tej ekshumacji, reżyser Arkadiusz Gołębiewski, zafascynowany historią Żołnierzy Wyklętych. Być może dlatego, że w jego regionie aktywny był Mieczysław Dziemieszkiewicz. To słynny „Rój”, zabity po wojnie przez komunistów, żołnierz niepodległościowego podziemia. Nikt nie wie, gdzie jest pochowany, gdzie są jego zwłoki. Może i ten filmowiec również czeka na ciało mazowieckiego bohatera?

 

Archeologami kieruje Krzysztof Szwagrzyk, sympatyczny i przystępny historyk IPN. Robi od kilku dni badania. Opowiada o poszukiwaniach z pasją, często szklą mu się oczy, jest przejęty losami tylu sponiewieranych ludzi. Ma flanelową koszulę w kratkę. Instruuje archeologów, ale robi to z taktem, z szacunkiem dla ich pracy. Można odnieść wrażenie, że oni wszyscy wiedzą, że spłacają dług, że są tymi pierwszymi, którzy dotykają wielkiej tajemnicy. Szwagrzyk opowiada, że ci, których wykopywano latem, byli w bardziej piaszczystej ziemi, ci w bardziej gliniastej. Tamci wrzucani jak worki , ci w trumnach lub w trumnach bez wiek. Tamci jeden na drugiego, bezładnie, z głowami w nogach innego… Dlaczego w ten sposób? Do tego jeszcze na więziennych szczątkach ofiar komunizmu stoją groby osób związanych z komunistycznym aparatem.    

 

Szwagrzyk w rozmowie zaznacza, że nie chciałby, aby ktoś odniósł wrażenie, że leżą tu tylko osoby służące reżimowi. Są również lekarze, przedstawiciele świata technicznego czy struktur zabezpieczenia. Są także osoby ściśle związane z aparatem represji. Mamy więc sędziów i prokuratorów wojskowych okresu stalinowskiego, tych, którzy żądali i wydawali wyroki śmierci. Mamy przedstawicieli Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej.

 

Jest realistą. Nie ma złudzeń, że rodziny tych osób będą chętnie z nim współpracować, aby pomagać przy wydobywaniu tych, których katowano w mokotowskim więzieniu. Nieopodal starsza pani sprząta jeden z tych grobów, odmawia różaniec. Mówi, że nie zgodzi się, aby rozgrzebać grób bliskich, że ich trumny są wkopane głęboko i nie było tam żadnych ciał. Proszę, aby zaglądnęła do jamy wykopanej przez archeologów. Patrzy i nie ma już tej pewności.

 

Dużo myśli kołacze się w głowie. Dwa szkielety, czyje? Co czuli, siedząc w mokotowskim więzieniu? Szukam odpowiedzi w Internecie. Znajduję wiersz więzienny o tytule „Bezsenność”.

 

„Znowu noc bez snu: Sufit zwala się na twarz/Ze ścian wychodzą widma/Tych, którzy tu byli przede mną. Koszmary wołają w ciemnościach/Koszmary przeganiają myśli/Uśmiechnięte gęby oprawców/Pogardy trzeba i siły przetrwania” (…) Nie napisał tych słów żołnierz wyklęty, ale siedzący w celi w latach 80. Józef Szaniawski.

 

Na cmentarzu trwa wykopywanie czaszki, w międzyczasie jakiś pracownik czyści TOI TOI, smród… Jamę grobową fotografuje nastolatka. Przyjechała z mamą. Dziewczyna robi zdjęcia na konkurs historyczny.

 

Archeolodzy wyciągają pierwszą czaszkę. Jest brązowa z dziurą z tyłu. Jakby ktoś czymś twardym z impetem ją uderzył. Ząb wygląda na wyłamany. Pan Szwagrzyk coś notuje. Archeolog oczyszcza ją dokładnie pędzelkiem z piasku. Puste oczodoły. Pytam, czy na podstawie czaszki można współczesną techniką otrzymać dokładny obraz, jak wyglądałaby ta twarz. Historyk jest co do tego sceptyczny. Trwają pomiary, szczegółowe zdjęcia, zapisywanie. Duża dokładność. Nie ma w tym pośpiechu.

 

Podobnie jest z drugą czaszką, która jest cała. Archeolodzy obchodzą się z nią delikatnie. Czy to czaszka generała „Nila”? Rotmistrza Pileckiego? Majora „Łupaszki”? Może jednego z leśnych, może jednego z tych, co stał na barykadzie w Powstaniu Warszawskim i nie godził się na czerwony ustrój. Tylu ich było. Bezimiennych ofiar. Ich czaszki wydają się krzyczeć. Zastygłe z rozwartą szczęką. Może z czasem poznamy ich imiona. Szwagrzyk wraca przecież do ekshumacyjnych prac na „Łączce” już wiosną. W marcu.

 

Wczoraj w Dzień Wszystkich Świętych, zaznaczyliśmy na murze to miejsce krzyżem wykonanym z plastra, wyciągniętego z torby młodziutkiej sanitariuszki z „Radosława”. Odmówiliśmy cicho „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…”.

 

Wierzę, że Bóg przytula ich dziś – bitych, torturowanych, zamęczonych – do swojego serca. On jeden zna przecież ich wszystkich po imieniu.  

 

Jarosław Wróblewski


Zdjęcia wykonane na "Łączce" 19 października br. podczas badań i 1 listopada br. w Dzień Wszystkich Świętych.