I nawet nie chodzi o to, że z zupełnie niewiadomych powodów znów pojawiają się w nim nieustannie wątki homoseksualne, a nawet zoofilskie. To – jeśli ma jakiś sens – jestem w stanie przeżyć. Ale tu wątki te nie mają najmniejszego sensu. Ot pojawiają się, żeby wstawić mocną wizualnie scenę, ale bez jakieś mocniejszej przyczyny merytorycznej. Podobnie jest zresztą także ze zwyczajnym seksem. On się pojawia, znika, ale pozbawiony jest już nawet nie głębi, ale nawet najzwyklejszej celowości.

Irytujące jest także przedstawianie prawosławia. Stało się ono u Sorokina straszakiem na współczesną inteligencję, odgrywa rolę podobną do opryczników czy Monarchy, którzy mają przestraszyć inteligencję i pokazać jej (w groteskowym świetle), jak może wyglądać Rosja, jeśli nic się w niej nie zmieni. I Soroki opisuje ikony, modlitwy, ale nie dostrzega w nich nic poza gestami, nie ma w nim choćby zrozumienia dla rzeczywistości  wyższej niż seksualno-dotykalna.

I wreszcie to jest mój największy zarzut do tej książki. Świetne obrazy, mocne opisy, znakomity słuch do dialogów nie służą niczemu głębszemu. I wbrew zapewnieniom wydawcy wcale nie pomagają zrozumieć ani Rosji, ani jej władzy. Co najwyżej wprowadzają w świat obsesji seksualno-religijnych samego Sorokina. Czyli w świat, który nie jest wart zwiedzania.

Tomasz P. Terlikowski

W. Sorokin, Cukrowy Kreml, tłum. A. L. Piotrowska, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2011.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »