Marta Brzezińska: Jak Pan wspomina 13 grudnia 1981 roku?
Krzysztof Cugowski: Stan wojenny zastał mnie we Wrocławiu. Dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego, 12 grudnia grałem w pięknej miejscowości o nazwie Niemcza. Samo miasteczko jest przeurocze, do tego graliśmy w starym teatrze, drewnianym – to było fantastyczne. Wracając do Wrocławia mijaliśmy różne kolumny wojskowe, które już od pewnego czasu można było zobaczyć w Polsce. Ja wtedy jeździłem ze swoim zespołem Cross bardzo dużo po Polsce i spotykaliśmy na drogach mnóstwo transportów wojskowych. W PRL to nie była wielka sensacja, że te wojska przemieszczały się w różny sposób. Rano 13.12 przybiegł do mnie mój kolega muzyk i mówi: „Stan wojenny!”. Ja się go pytam: „Jaki znowu stan wojenny? Czyś ty się wściekł?”. On mi odpowiada „Zobacz, telefon nie działa, telewizor nic... No, no”. Później, jak to się mawiało, ślepy przemawia co godzinę. Odpaliliśmy telewizor, w którym był tylko śnieg, ale rzeczywiście, co godzinę występował generał i opowiadał swoje bajki.
Co Pan sobie wtedy pomyślał? Miał Pan jakieś przeczucia, co się może wydarzyć?
Wtedy nikt nie wiedział, jak to wszystko się potoczy. To był dość oryginalny, jak na tamte czasy, pomysł komunistów, w związku z tym, nie był nigdy przerabiany, poza oczywiście okresem tuż po wojnie, czego ja w żaden sposób oczywiście nie pamiętam. Nikt nie wiedział, jak to będzie przebiegać, więc krążyły najróżniejsze, fantastyczne pomysły, czego możemy się spodziewać. Akurat byłem we Wrocławiu, a cztery dni wcześniej w Rzeszowie ukradziono mi skórzany płaszcz razem z dokumentami. Milicja wystawiła mi papier, że moje dokumenty zostały skradzione. Bardzo dużo jeździłem wtedy po Polsce autem, 13.12 byłem daleko od domu, bez żadnych dokumentów za to z jakimś smutnym kwitem. Wiadomo było, że wszystko, także moje koncerty, zostało odwołane, w związku z tym, pojechałem do Lublina. Dla wszystkich to była dosyć duża sensacja, w związku z tym, nie było żadnych kontroli, niczego. Nikt nie wiedział, co będzie dalej. Spokojnie wróciłem do domu. Parę dni później doszła do mnie taka informacja, że będą zajmować prywatne samochody. Ponieważ komuniści zajęli mi już różne rzeczy, postanowiłem go schować u mojego przyjaciela w stodole. Oczywiście, nic podobnego nie wydarzyło się, ale wtedy, tak jak mówiłem, pośród ludzi krążyły najróżniejsze plotki. Nikt nie wiedział, jak będzie wyglądała przyszłość. Dopiero po jakichś dwóch tygodniach mogliśmy się domyślać, jak to wszystko będzie przebiegać.
Jak Pan obchodzi rocznicę 13 grudnia? Mamy tak naprawdę wiele opcji do wyboru – choćby coroczna manifestacja pod willą generała na Mokotowie, czy dzisiejszy marsz PiS? Pan się utożsamia z którąś z tych inicjatyw?
Szczerze mówiąc, to nigdy jakoś specjalnie mocno nie lubiłem obchodzić zbiorowo czegokolwiek. Tej rocznicy także. Co roku oglądam tego dnia telewizję i muszę powiedzieć, że im dalej od 13.12.1981, z tym większą przykrością patrzę na programy telewizyjne na ten temat. Jeżeli w takim kierunku to dalej pójdzie, to za następne dziesięć lat młode pokolenie nie będzie wiedziało absolutnie niczego na temat stanu wojennego. Będzie tylko wiedziało, że był patriota-generał Jaruzelski, który uchronił nas od bolszewickiej nawały. Taki jest wydźwięk dzisiejszej medialnej retoryki na temat stanu wojennego. W tej chwili żyje jeszcze trochę ludzi, którzy pamiętają tamte czasy i mogą ewentualnie powiedzieć coś innego na ten temat, ale za dziesięć lat, kiedy zejdą z tego świata, okaże się, że generał Jaruzelski był największym polskim patriotą, który uchronił Polskę od najazdu bolszewickiego. Wszystko zmierza w tym kierunku, że w niedalekiej przyszłości Jaruzelski zostanie uznany za bohatera narodowego. Ja pamiętam to nieco inaczej.
Co w takim układzie zrobić, żeby choć trochę temu zaradzić? Przełamać te tendencje? To coroczne manifestowanie pod willą generała to skuteczna próba odkłamywania mitu, jakim obrasta Jaruzelski?
Każda rzecz, która przypomina i mówi prawdę o tym, co wtedy się działo, jest ważna. Jednak do momentu, kiedy nie będzie pluralizmu w mediach, kiedy media będą trąbiły w jedną trąbę, to niczego nie zrobimy, ponieważ ludzie w sposób naturalny są bardzo podatni na indoktrynację. Przecież za PRL większość ludzi w sumie nie miało nic przeciwko władzy ludowej. Gdyby PRL potrafił dać im trochę jeść, to w ogóle nie mieliby zastrzeżeń. Tacy są ludzie! To zupełnie naturalne. Jeżeli cały czas ogląda się to samo, to się tym przesiąka. Wczoraj zaobserwowałem, że na paskach w wiodących telewizjach największą wiadomością dnia była informacja, że pan generał poszedł do szpitala. To było wałkowane przez wszystkie media jako coś wstrząsającego. Mało tego, były też jakieś wypowiedzi ikon „Solidarności” - zupełnie od czapy. Ja nie wiem, czy ci wszyscy ludzie zwariowali?! Czy zapomnieli już wszystko?! Jak na to wszystko patrzę, to mam taki ponury wizerunek naszego kraju i to jest katastrofa. Tak nie wolno!
Rozmawiała Marta Brzezińska
fot. Fakt.pl
