20.02.14, 18:00fot. ugaldew/sxc.hu

Cud narodzin w cieniu bioenergoterapii i czakramów…

Chyba nie ma takiej osoby, która nie kojarzyłaby najsłynniejszej w Polsce położnej Jannette Kalyty. Do dziś krążą w sieci memy i demoty z reklamą, która „co kwadrans irytowała pół Polski”, polecając kobietom płyn do codziennej higieny intymnej. Pani Kalyta na szczęście nie reklamuje już Lactacydu, pisze za to książkę, w której podsumowuje swój 25-letni staż położnej.

Książka pod tytułem „Położna. 3550 cudów” to pozycja naprawdę wartościowa. Nie tylko dla tych kobiet, które planują potomstwo albo już są w ciąży. Także dla ich mężów czy partnerów, ale w ogóle dla wszystkich, którym temat ciąży i porodu jest w jakiś sposób bliski. Polskie położnictwo na przełomie ostatnich czterdziestu lat przeszło niemal rewolucyjne zmiany – od obskurnych porodówek, które bardziej kojarzyły się z rzeźniami po miłe i przytulne, a przede wszystkim wygodne dla matek pokoje narodzin. Diametralnej zmianie uległo także podejście personelu medycznego do rodzącej kobiety – w dużej mierze przestała ona być obciążeniem, któremu trzeba cały czas dyktować, co ma zrobić, bo w przeciwnym razie skrzywdzi maluszka (to zabieranie noworodka od razu po porodzie i przynoszenie wyłącznie na kilka minut karmienia, rodzenie tylko i wyłącznie w pozycji horyzontalnej, nie mówiąc o możliwości znieczulenia). Dziś bardziej ufa się kobiecie, jej instynktowi i intuicji – jeśli matka uważa, że woli rodzić w wodzie, to umożliwia jej się to, co jeszcze w latach ’80 było fanaberią nie do pomyślenia.

Nie będzie wielką przesadą, jeśli za prekursorkę tych wspaniałych zmian uznamy Jannette Kalytę. Jako młoda położna buntowała się przeciwko nieludzkiemu podejściu do rodzących kobiet. Pewnie niewiele brakowało, by porzuciła swój fach, gdyby nie propozycja pracy w Ewie-2 – prywatnej klinice porodu, wzorowanej na szkole profesora Michela Odenta w Pithiviers pod Paryżem. Otwarta w Warszawie na początku lat ’90 Ewa-2 była pionierskim miejscem, gdzie kobiety rodziły w preferowanej przez siebie pozycji, z udziałem osoby towarzyszącej (zwykle męża), przy dyskretnej asyście położnej, a w razie konieczności lekarza. Kalyta była współtwórczynią tego miejsca.

Ewę-2 można w pewnym sensie uznać za katalizator zmian w położnictwie – z czasem zaczęła się formować akcja społeczna o nazwie „Rodzić po ludzku”, która wywołała żywe zainteresowanie mediów (m.in. „Gazety Wyborczej”). Chodziło przede wszystkim o to, żeby przywrócić rodzącej kobiecie godność – żeby nie musiała paradować po szpitalu w koszuli ledwie zakrywającej jej brzuch, rodzić oddzielona wątłym szmacianym parawanikiem od pozostałych pacjentek szpitala, wysłuchiwać kąśliwych uwag położnych lub lekarzy…

Wkrótce Kalyta trafia do warszawskiego szpitala położniczego św. Zofii, który wyróżnia się na tle pozostałych stołecznych placówek możliwością porodów rodzinnych i życzliwością dla rodzących kobiet (i chyba nie pomylę się pisząc, że do dziś pozostaje w ścisłej czołówce). To właśnie szpital na Żelaznej był pierwszą placówką w Warszawie, gdzie zdecydowano się na indywidualną opiekę okołoporodową, którą sprawowała wybrana przez rodzącą położna. W międzyczasie Kalyta prowadzi wiele kursów dla położnych, pracuje w szkołach dla rodzących, by w końcu założyć własną Szkołę Narodzin.

Książka „Położna. 3550 cudów” to autobiograficzna opowieść Kalyty, w którą wpleciono historię przemian w polskim położnictwie. Publikacja rzeczywiście wzrusza do łez, niekiedy bawi humorem sytuacyjnym, ale przede wszystkim jest niezwykle prawdziwa. Jak wiadomo, najbardziej zaskakujące scenariusze zwykle pisze życie i Kalyta nie szczędzi historii, jakich dane jej było doświadczyć przez ćwierć wieku przyjmowania porodów. Ten niezwykły dokument może być przełomowy dla tych wszystkich kobiet, które żyją w przeświadczeniu, że poród jest strasznym horrorem i tak panicznie boją się bólu, że jeszcze długo przed tym, zanim zajdą w ciążę, planują cesarskie cięcie. Kalyta opisuje przepiękne historie porodów, w których rodzące doświadczają własnej kobiecości w sposób, który trudno wyrazić słowami. Nie bez powodu przyjście na świat dziecka nazywa się cudem, a Kalyta przez 25 lat była świadkiem kilkuset, jeśli nie kilku tysięcy cudów.

Położna” to książka z mocno rozbudowanym wątkiem autobiograficznym, dlatego prócz kilkunastu najciekawszych historii okołoporodowych, Kalyta bardzo dużo pisze o sobie. Aż za dużo, bo gdyby nie obfite opowieści o bioenergoterapii, różdżkarstwie i czakramach, z czystym sumieniem mogłabym ją polecać każdemu…

Kalyta, jeszcze zanim sama weszła na drogę zabawy z energią czy jogą, opisuje jak do Ewy-2 rodzące kobiety przynosiły nie tylko święte obrazy, ale także posążki Buddy, portrety Dalajlamy czy mistrza jogi, kadzidełka… Z okazji 30. urodzin nasza słynna położna wybiera się na kurs bioenergoterapii, co jak później twierdzi, przydaje jej się w pracy – na przykład sprawdza cieki wodne w miejscu, gdzie stoi łóżko porodowe… Potem jest wizyta u pani astrolog, która wylicza Kalycie, że jest „czwórką z trzynastki” (a 13. to niby liczba misyjna), medytacja transcendentalna, joga, medycyna zachodnia i energia chi. Cała ta „wiedza” – jak wspomina – miała jej pomagać w porodach i regeneracji własnych sił po tych najcięższych. „Jannette, okupiłaś ten poród nie tylko utratą sił fizycznych, musiałam wyregulować poziomy energetyczne i wyciszyć rozedrgany układ nerwowy. Podzieliłaś się swoją energią życia z matką, a zwłaszcza dzieckiem” – powiedziała położnej jej psychotronik i bioenergoterapeutka. Pod koniec swojej opowieści Janette opowiada o regularnych udziałach w sesshin, które prowadzi… „chrześcijański mnich praktykujący zen”.

Naprawdę, chciałam być wyrozumiała dla Kalyty ze względu na jej potężne położnicze doświadczenie, ale moja cierpliwość i tolerancja skończyły się przy stwierdzeniu, że w każdej piersi kobiety znajduje się mały czakram, przez który dziecko chłonie życiową energię… Co ciekawe, „położna gwiazd” (jak bywa czasem nazywana ze względu na przyjmowanie porodów sław) pomiędzy opowieściami o medytacjach zen czy robieniu z obrączki wahadełka wielokrotnie wspomina o Panu Bogu czy modlitwie. „Położna” jest dokumentalnym zbiorem pięknych historii porodowych, ale przewijająca się co kilka stron nachalna promocja bioenergoterapii i innych niebezpiecznych praktyk czyni ją męczącą lekturą… A szkoda, bo przekazywane przez Kalytę doświadczenie to kopalnia wiedzy dla każdej kobiety…

Marta Brzezińska-Waleszczyk

Jannete Kalyta, „Położna. 3550 cudów narodzin”
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014, s. 324

Komentarze

anonim2014.02.20 19:55
Jak kogoś stać - polecam tę osobę, jest pewnie jedną z najlepszych położnych w Polsce. A co do tego jaka jest ta osoba naprawdę - nie ma to znaczenia. Robi swoją pracę doskonale, i tyle.
anonim2014.02.20 21:10
Na problemy polecam nowennę pompejańską! www.pompejanska.rosemaria.pl
anonim2014.02.20 22:29
"(...) Także dla ich mężów czy partnerów, (..)" mężów ok rozumiem, ale partner co to takiego?
anonim2014.02.21 9:06
Jakby pisała że godzinę modli się przed każdym porodem to byłoby ok:)
anonim2014.02.22 16:48
@Degustator: zgoda, powinno być po prostu "ojciec dziecka". Stan cywilny nie ma tu nic do rzeczy.
anonim2014.02.24 10:09
Odkąd do swojego życia wcieliłam jogę i medytację,, poczułam się lepiej. Nie tylko fizycznie ale również duchowo. Nie widzę w tym nic złego, że człowiek w odpowiedni dla siebie sposób poznaje otaczający go świat i zachodzące w nim zjawiska.