To poczucie beznadziei było tym silniejsze, że przyszło po okresie, który dawał nadzieję, który pozwolił nam się policzyć i zobaczyć, który sprawił, że czuliśmy wiatr w żagle. I pewnie dlatego tak trudno było pogodzić się z tym jesiennym załamaniem, które związane było z klęską polityczną. I wtedy jeden z moich starszych (ode mnie, a nie w ogóle) przyjaciół powiedział mi krótko: „nie ma się, co załamywać. Po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski też przyszła zima i sfałszowane wybory i wydawało się, że nic się nie zmieni. A potem przyszedł sierpień i Solidarność”.
I choć wtedy uznałem to za poprawianie sobie humoru na siłę, teraz mam poczucie, że miał rację. Od jakiegoś czasu, patrząc się na Polskę widać coraz więcej znaków nadziei. Wielki ruch społeczny w obronie wolności słowa, coraz silniejsza współpraca dotąd skonfliktowanych środowisk, budząca się do działania „Solidarność”, coraz lepiej widoczne pęknięcia w obozie władzy, wzmacniające się niezależne media, rozwijające się marsze dla życia i rodziny i wreszcie przemawiający pełnym głosem biskupi – to wszystko pokazuje, że zaczęliśmy się budzić, że odchodzimy od rozpalonych grilli i powracamy do walki o wolność, suwerenność czy wreszcie sprawiedliwość.
Nie wiem, czy to, coraz lepiej widoczne, zjawisko przerodzi się w przełom, ale wiem, że do Sierpnia już niedaleko. A to właśnie w tym miesiącu w Polsce wiele się zmieniało. I mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. I że na skutki przebudzenia nie będziemy musieli długo czekać.

