Na pytanie, który pogrzeb ojca był trudniejszy, Małgorzata Wasserman odpowiada, że drugi. "W czasie pierwszego chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co się dzieje. Przetrwaliśmy na lekarstwach. A swoją drogą to nieprawda, co teraz mówią przedstawiciele rządu, że domagaliśmy się, by ciała szybciej wróciły do kraju. My dosłownie jak roboty automatycznie wykonywaliśmy polecenia urzędników. Kazali stać, to staliśmy, kazali jechać, jechaliśmy. Nikt nie dyskutował, nikt nie był w stanie zadawać takich pytań, kogokolwiek poganiać. Kazali nam się ubrać, to poszliśmy na ten pogrzeb. Dopiero podczas powtórnego pochówku byliśmy bardziej świadomi tego, w czym uczestniczymy" - mówi.
Wasserman tłumaczy także, dlaczego jej rodzina zażądała ekshumacji. "Kiedy ekshumowaliśmy ojca, do głowy nam nie przyszło, że ciała mogą być wymieszane. My nawet nie myśleliśmy, że w grobie mógłby leżeć ktoś inny, a nie tata. Chcieliśmy tylko dowiedzieć się, jakie miał obrażenia i w jaki sposób one powstały. Bo stustronnicowy dokument, jaki dostaliśmy, był zbieżny z rosyjskim zaledwie w kilku linijkach" - mówi.
Kobieta nie ma wątpliwości, że wszystkie ciała ofiar katastrofy smoleńskiej będą ekshumowane. Dlaczego? "Bo takie jest prawo w Polsce. To tylko kwestia czasu. Jestem przekonana, że jeśli nie w tym postępowaniu, to w jakimś kolejnym ekshumacje na pewno zostaną wykonane. Bardzo współczuję tym, którzy mają to wciąż przed sobą. Bardzo mi przykro, że muszą się dziś zastanawiać, nad czymś, nad czym my się nigdy nie zastanawialiśmy".
Całość w najnowszym numerze tygodnika "Newsweek".
eMBe
