Ustrój demokratyczny na tle innych reżimów państwowych cechuje się bardzo mocną pozycją jednostki w państwie. Pozycję tę budują m.in. przyjęte rozwiązania prawne, gwarantujące jej możliwość swobodnej działalności publicznej, wyrażania swoich poglądów, brania rzeczywistego udziału w wybieraniu władz i rozliczaniu ich z błędów oraz budujące jej silną pozycję w kontaktach z państwem. Jednym z podstawowych gwarancji, jakie mają obywatele demokratycznego państwa w tym zakresie, jest prawo do rzetelnej obrony przed sądem.

Przez polskie władze została ona złamana przy okazji sprawy podsłuchiwania przez ABW rozmów dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego z jego adwokatem, Romanem Giertychem. Studentom na wydziałach prawa już na pierwszych latach tłoczy się do głów, że rozmowy oskarżonego z adwokatem są otoczone szczególną ochroną. Tymczasem tego poglądu nie podzieliła ani Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która nagrywała te rozmowy a potem przekazała je wiceszefowi ABW do prywatnych celów, ani prokuratorzy Andrzej Michałowski i Joanna Mamaj, którzy prowadząc sprawę Sumlińskiego pozwolili na takie patologie. Jak przypomina Wojciech Sumliński w rozmowie z portalem Fronda.pl, po informacji o podsłuchiwaniu rozmów jego z adwokatem oraz dziennikarzy korzystających z jego telefonu wybuchła afera. - Roman Giertych i Bogdan Rymanowski wysłali do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez prokuratorów Michałowskiego i Mamaj oraz pana Jacka Mąkę z ABW – mówi Sumliński. Zaznacza, że sprawa trafiła do Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu, a otrzymał ją prok. Grzegorz Mazurkiewicz. On natomiast w podsłuchach niczego dziwnego się nie dopatrzył i odmówił wszczęcia sprawy. Pokrzywdzeni dziennikarze złożyli więc zażalenie do sądu rejonowego w Warszawie. - Sąd porównał działania prokuratury do czasów sowieckich, uznał, że to skandal, naruszenie mojego prawa do obrony. Sędzia dodał, że przestępstwo w tym przypadku nie ulega żadnej wątpliwości. Skalę tego przestępstwa miała jednak ocenić prokuratura, ponieważ ona jest od ścigania przestępstw. Sędzia nakazał jej więc wszczęcie sprawy i przesłuchanie świadków – mówi Sumliński. Co dziwne, spawa trafiła do tej samej prokuratury w Poznaniu, a następnie znów do prokuratora Mazurkiewicza. A ten po ponad półrocznej bezczynności po raz kolejny umorzył ją, nie dopatrując się niczego złego w całej sprawie. - Sąd stwierdził, że przestępstwo było, a prokurator uznał, że jest inaczej. Podważył w ten sposób orzeczenie sądu, uznał, że jest ono nieistotne – mówi Wojciech Sumliński portalowi Fronda.pl.

Sprawa podsłuchiwania Sumlińskiego, Giertycha, Gmyza i Rymanowskiego oraz reakcja na nią jest groźnym symptomem. Nie dość, że uderza w podstawowe w demokracji prawo do rzetelnej obrony, to dodatkowo pokazuje, że prokurator lekceważy orzeczenie sądu. Uznał on, że orzeczenie sędziego jest nieważne, że można je łamać, że to prokurator jest w stanie lepiej ocenić, czy coś jest przestępstwem, czy nie. Tymczasem w ustroju demokratycznym to sądy są od oceniania, a prokuratura od ścigania przestępstw. Śledczy – jak miał stwierdzić sąd – zachowali się w tej sprawie w sposób typowy dla państw autorytarnych, w których bardzo często prokuratorzy mają władzę nas sędziami.

 

Wiedzieć, co robi obywatel

W ostatnich latach w Polsce widać również typowe dla państw niedemokratycznych rozbudowywanie służb specjalnych. Jak pisała „Gazeta Wyborcza”, w 2009 roku polskie służby wystosowały do operatorów telefonii komórkowych ponad milion wniosków o dostęp do bilingów i stenogramów rozmów telefonicznych. Polacy są najbardziej kontrolowanym społeczeństwem przez służby swojego kraju w całej Europie. Wynika to m.in. z obowiązującego w kraju prawa, które nie nakłada na służby żadnych ograniczeń związanych z dostępem do danych operatorów telefonii komórkowych, którzy mają obowiązek monitorować i przechowywać treść każdej rozmowy i smsa. Mechanizmy korzystania z tych danych przez służby w Polsce są wyjęte spod jakiejkolwiek kontroli. A możliwości podsłuchiwania za rządów Platformy Obywatelskiej jeszcze się zwiększają, m.in. dzięki zmianom w Żandarmerii Wojskowej. MON kierowane przez Bogdana Klicha chce zwiększyć liczbę przypadków, w których „ŻW” będzie mogła zakładać podsłuchy. Obecnie może to robić w przypadku zabójstw żołnierzy, zamachu na wojsko, nielegalnego handlu bronią czy porwania samolotu. Resort Klicha chce powiększyć to spektrum, dodając korupcję, celową niegospodarność, działania hakerów, znęcanie się nad żołnierzami, zmuszanie do prostytucji, podrabianie pieniędzy czy handel organami ludzkimi, o ile w jakikolwiek sposób dotyczą wojska. Na podsłuchy potrzebna byłaby zgoda sądu wojskowego. Co więcej, Żandarmeria miałaby również otrzymać dostęp do tajemnicy bankowej i PiT-u żołnierzy. - Jestem zbulwersowany. To skandal. MON po cichu chce stworzyć nową służbę specjalną. Tego projektu z nikim nie konsultowano, stwierdzając, że ma "ograniczony zasięg oddziaływania". A co to, wojskowi nie mają praw człowieka? – mówił gazecie „Metro” Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W Polsce istnieje osiem służb, które mogą inwigilować obywateli, ale – jak informują media – z wnioskami o takie pozwolenie wciąż występują nowe instytucje, m.in. Straż Ochrony Kolei.

Rozbudowywanie służb podsłuchujących obywateli może zagrażać demokracji. Szczególnie, gdy brakuje ich efektywnej kontroli. A tak może być właśnie z Żandarmerią Wojskową, która podlega wojskowym sądom. Ich kontrolowanie przez opinię publiczną jest mocno ograniczone. Zupełnie fikcyjna jest natomiast kontrola innej, bardzo potężnej służby - wywiadu skarbowego. Irena Lipowicz, Rzecznik Praw Obywatelskich, alarmowała w październiku, że prawo nie nakłada skutecznych mechanizmów kontrolowania pracy funkcjonariuszy tej służby. Podlega ona bowiem pod komisję finansów publicznych, której członkowie nie posiadają dostępu do materiałów niejawnych. Nie mogą więc w sposób skuteczny kontrolować działalności instytucji zajmującej się m.in. podsłuchiwaniem, podglądaniem zeznań podatkowych, czy kont bankowych i inwestycyjnych. - Brak parlamentarnej kontroli jest ogromnym błędem, który może rodzić poważne nadużycia w służbie i stanowić lukę w naszej demokracji – napisała Irena Lipowicz do przewodniczącego sejmowej komisji spraw wewnętrznych i administracji, Marka Biernackiego. Poseł PO zapowiadał zmiany w prawie, umożliwiające kontrolowanie wywiadu skarbowego. Jednak obecnie nie istnieje efektywny system kontrolowania pracy jednej ze służb specjalnych.

Co więcej, jak pisał „Dziennik. Gazeta Prawna”, projekt ustawy nowelizującej przepisy dotyczące służb specjalnych, zakłada zwiększenie kompetencji służb, w tym wywiadu skarbowego. Zapisy miały dotyczyć zwiększenia kontroli sądów nad służbami oraz wprowadzać obowiązek informowania opinii publicznej o liczbie podsłuchów. Jednak dają im również m.in. nową możliwość – wykorzystywanie informacji z podsłuchów telefonicznych w innych „postępowaniach kontrolnych”. - W przypadku uzyskania dowodów pozwalających na wszczęcie postępowania karnego lub mających znaczenie dla toczącego się postępowania karnego, organ, który wnioskował o wszczęcie kontroli operacyjnej, przekazuje właściwemu prokuratorowi wszystkie materiały zgromadzone podczas stosowania kontroli operacyjnej, w razie potrzeby z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego - głosi Artykuł 14 pkt. 15 ustawy. - Czyli działać to będzie tak: gdy skarbówka będzie podsłuchiwała biznesmena podejrzanego o zawyżanie kosztów swojej działalności i przy okazji towarzyskiej rozmowy telefonicznej powie on coś o swoim konkurencie, który ukrywa majątek na Cyprze, służby będą mogły wykorzystać tę informację. I nie będą nawet musiały prosić o pozwolenie sądu na założenie podsłuchu - pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Projekt ustawy zawiera również inne budzące kontrowersje zapisy. Artykuł 14 daje możliwość zakładania podsłuchów bez zgody sądu, jeśli oczekiwanie na taką zgodę może spowodować utratę ważnych dowodów. Służby muszą jednak natychmiast zgłosić do sądu taki fakt i uzyskać zgodę na podsłuch. Obecnie taka procedura jest również zgodna z prawem. Jednak nowelizacja otwiera drogę do przechowywania materiałów z niezatwierdzonych przez sąd podsłuchów. Artykuł 14 pkt 1 ust. 4.  głosi: „Sąd okręgowy może zezwolić, na pisemny wniosek organu, który zarządził kontrolę operacyjną, złożony po uzyskaniu pisemnej zgody właściwego prokuratora, na odstąpienie od zniszczenia materiałów, o których mowa w ust. 3, jeżeli stanowią one lub mogą stanowić dowód wskazujący na zamiar popełnienia przestępstwa dla wykrycia, którego na podstawie przepisów ustawowych może być prowadzona kontrola operacyjna lub czynności operacyjnorozpoznawcze”. - Zmiany do ustawy o kontroli skarbowej zaproponowane przez rząd budzą wątpliwości – mówił „DGP” prof. Jan Widacki z koła poselskiego SD. Jego zdaniem cała sprawa wygląda tak, jakby ze służb fiskusa próbowano zbudować coś na wzór amerykańskiej Secret Service.

 

„Zbyt elastycznie”

Zastrzeżenia dotyczące projektu ws. służb specjalnych ma również Krajowa Rada Sądownictwa. Jak wynika z opinii jej szefa Stanisława Dąbrowskiego, ustawa nakłada elastyczność w stosowaniu czynności  operacyjno-rozpoznawczych. - Artykuł (10 ustawy - red.) reguluje, w jakich okolicznościach mogą być prowadzone czynności operacyjno-rozpoznawcze. Krajowa Rada Sądownictwa wyraża zaniepokojenie faktem, że zawarty w tym przepisie katalog okoliczności, w jakich mogą być prowadzone czynności operacyjno-rozpoznawcze, nie ma charakteru zamkniętego. (...) Powyższy przepis uprawniałby służby państwowe do podejmowania czynności operacyjno-rozpoznawczych bez żadnych ograniczeń. Taki rodzaj autonomii w kwestii dotyczącej różnych sposobów wkraczania władzy w prywatność jednostki, w zakresie jej konstytucyjnie unormowanych praw związanych ze sferą prywatności jest zdaniem Krajowej Rady Sądownictwa sprzeczny z art. 31 ust. 3 Konstytucji - napisał sędzia Dąbrowski. Wspomniany artykuł konstytucji głosi: „Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”.

W dalszych swoich uwagach szef KRS pisze, że sposób konstrukcji ustawy pozwala na stosowanie czynności operacyjno-rozpoznawczych właściwie przy okazji każdego przestępstwa. - Wprowadzając nowe formy związane z czynnościami operacyjno-rozpoznawczymi, są to: pozorowana działalność przestępcza oraz tajna lustracja pomieszczeń i środków transportu, które nie zostały zdefiniowane w projektowanej ustawie. Krajowa Rada Sądownictwa, mając na uwadze dalsze przepisy projektu, domniemywa, że są to postaci czynności operacyjno-rozpoznawczych oparte na konstrukcji znaczeniowej istniejącej już czynności operacyjno-rozpoznawczej - tzw. zakupu kontrolowanego, z tą różnicą, że została ona rozszerzona o możliwość prowadzenia działań wyczerpujących znamiona czynu zabronionego pod groźną kary z wyłączeniem odpowiedzialności karnej. Mając na uwadze fakt, że omawiana konstrukcja operuje pojęciem skrajnie nieostrym i obejmującym swym znaczeniem każde zachowanie naruszające przepisy kodeksu karnego lub przepisy karne innych ustaw, Krajowa Rada Sądownictwa nie widzi potrzeby (zwłaszcza w świetle proponowanego szerokiego katalogu metod i form prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych) tak znacznego rozszerzenia uprawnień służb państwowych. Zgodność proponowanych rozwiązań ustawowych z unormowaniem art. 31 ust. 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej budzi wątpliwości z uwagi na nieproporcjonalność środków jakie mają zostać powierzone służbom - czytamy w opinii dołączonej do projektu ustawy.

Zmiany w prawie dotyczącym służb specjalnych oraz praktyka stosowania podsłuchów pokazują, że w ostatnich latach w Polsce dochodzi do rozbudowania służb specjalnych oraz aparatu inwigilacji obywateli.

 

Fikcyjna kontrola

Polski rząd wraz z rozbudową aparatu inwigilacji ogranicza możliwość kontrolowania i rozliczania władz przez opinię publiczną. Służyć mają temu m.in. zmiany w nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych oraz o zmianie niektórych ustaw. Artykuł 6 ust. 1 ustawy o ochronie informacji niejawnych mówi, że „klauzulę tajności nadaje osoba, która jest uprawniona do podpisania dokumentu lub oznaczenia innego niż dokument materiału”. Jak mówił portalowi Fronda.pl profesor Antoni Kamiński, wprowadzone w październiku przepisy (zaczną obowiązywać w styczniu) „rozszerzają uprawnienia urzędników do decydowania o klauzuli tajności informacji”. - To urzędnik będzie decydował o tym, kiedy informacja ma się stać jawna – mówił profesor Kamiński. Uchwalone przepisy z jednej strony mogą doprowadzić do wzrostu zagrożenia korupcyjnego w Polsce, a z drugiej osłabiają możliwości kontroli tego, co dzieje się w urzędach. Bowiem będą mogły one utajniać dokumenty, a zgodnie z ustawą przegląd tego, co zostało utajone, ma się odbywać zaledwie raz na pięć lat. Przez te pięć lat wszelkie zmiany w klauzuli tajności materiału muszą być uzgadniane z osobą, która tę klauzulę nadała. Skutki przyjęcia takich rozwiązań w sposób oczywisty mogą uniemożliwić mediom kontrolowanie władzy i urzędów.

Zmiany wprowadzone za rządów PO w prokuratorze uniemożliwiają kontrolowanie również ich pracy. Reforma organów ścigania oddaje bowiem kontrolę śledczych tylko i wyłącznie premierowi. To szef rządu jako jedyna osoba w państwie otrzymuje sprawozdanie roczne z pracy Prokuratury Generalnej. To również premier decyduje, czy przyjąć sprawozdanie czy też wyjść z inicjatywą odwołania szefa prokuratorów. Ten mechanizm rozliczania i nadzorowania śledczych skutecznie uniemożliwia opinii publicznej kontrolowanie ich pracy oraz wyciąganie konsekwencji za ich błędy. Bowiem Prokurator Generalny jest nieodpowiedzialny politycznie przed wyborcami. Jego zależność od rząd jest dodatkowo wzmocniona kwestią budżetową. Bowiem to od premiera i ministrów zależy wysokość budżetu oraz zgoda na korzystanie z rezerw budżetowych w przypadku przekroczenia limitu wydatków. - Dostrzegamy konieczność zapewnienia Prokuraturze autonomii budżetowej, bez której nie jest możliwe skuteczne prowadzenie postępowań przygotowawczych. Jej brak doprowadził do największego w historii Prokuratury kryzysu budżetowego, który stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i obywateli – pisali związkowcy z prokuratury, dodając, że „politycy wciąż trzymają prokuraturę na smyczy”. Wprowadzona za rządów Platformy Obywatelskiej reforma prokuratury z jednej strony uzależnia polityczni i finansowo śledczych od rządu, a z drugiej wytrąca mediom możliwość kontrolowania tego, co w prokuratorze się dzieje.

Nie wiadomo oczywiście, czy media byłyby w ogóle zainteresowane taką kontrolą. Bowiem rynek medialny – również za sprawą działań obecnych władz – jest w Polsce coraz bardziej zdominowany przez media sprzyjające władzy, a debata publiczna i wolność słowa ograniczana. To powoduje, że środki masowego przekazu nie zajmują się kontrolowaniem działań obecnych władz. Największe media prywatne są – jak mówił Andrzej Wajda – „zaprzyjaźnione z Platformą Obywatelską”. Do działań rządu podchodzą z małym zainteresowaniem, skupiając się raczej na przyglądaniu się opozycji. Dodatkowo Platforma Obywatelska po przejęciu mediów publicznych zaczęła czyścić je z konserwatywnych dziennikarzy. To spowodowało, że dotychczas pluralistyczna TVP (było tam miejsce dla Wildsteina, Pospieszalskiego, Gargas, Żakowskiego, Lisa, Ordyńskiego itd.) dołączyła do mediów sprzyjających obecnej władzy. Zdominowanie mediów publicznych oraz przychylność komercyjnych nie wystarczyło jednak Platformie Obywatelskiej. Jak pisały gazety strona rządowa chce również przejąć „Rzeczpospolitą”. Może to być zemsta za krytykę i próba uciszenia niewygodnego dla władzy medium. W tym duchu pisał o sprawie m.in. dziennik „The Economist”. Ujawnił on, że rząd w rozmowie z funduszem Mecom (drugim udziałowcem spółki wydającej „Rz”) mówi wprost o chęci zmiany redaktora naczelnego. - Spór może już wskazywać na to, że rządowi nie podoba się prawicowa linia „Rzeczpospolitej”. Stąd już prosta droga do podejrzeń, że rząd chce po prostu spacyfikować antyrządowe medium. A to już byłby skandal. Bo może nam się publicystyka „Rzeczpospolitej” nie podobać. I ostro konkurujemy z „Rzepą” na rynku. Ale oczywiste jest, że to czytelnicy mają decydować, czy to pismo ma zachować swój dotychczasowy charakter. A nie rząd – pisała publicystka „Gazety Wyborczej Dominika Wielowieyska. A w rozmowie z portalem Fronda.pl zaznaczała, że gdyby „rządowy współudziałowiec Presspubliki chciał rozwiązania spółki z przyczyn politycznych, to byłoby to skandaliczne”.

Próba przejęcia „Rzeczpospolitej” wpisuje się w inne działania władz, zmierzające do ograniczenia swobody debaty publicznej. Pierwszą inicjatywą nowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w której dominują czynni lub byli działacze partyjni z PO, SLD i PSL, było uderzenie w Radio Maryja. KRRiT zarządziła kontrolę w rozgłośni ojca Tadeusza Rydzyka, stwierdzając, że nadaje ona ukryte reklamy. Jan Dworak wzywał, by rozgłośnia przestała łamać prawo i zarządził kontrolę. Przed sejmową Komisją Kultury i Środków Masowego Przekazu przyznał jednak, że czyny radiostacji były mało szkodliwe społecznie. Senator PiS Stanisław Kogut mówił „Naszemu Dziennikowi”, że odbiera tę decyzję jako „działanie nieprzypadkowe”. Przypomniał słowa Stefana Pastuszki, związanego z PSL, obecnego członka Krajowej Rady, na plenarnym posiedzeniu Senatu podczas przesłuchania przed wyborem składu KRRiT. - Pastuszka mówił wówczas, że Radio Maryja jest pierwszą rozgłośnią, której działalności trzeba się przyjrzeć – informuje Kogut. Według niego, cała sprawa jest jednoznacznym atakiem politycznym, a takie działanie przypomina ograniczanie wolności słowa przez cenzurę w PRL. Kogut podkreśla jednocześnie, że jest to element przyjętej metody walki z Radiem, które staje się jedną z nielicznych przestrzeni, gdzie można się swobodnie wypowiedzieć.

Na zagrożenie płynące z ograniczania działalności mediów wskazywano również po ogłoszeniu przez przedstawicieli KRRiT, Rady Etyki Mediów i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pomysłu powołania instytucji, która ma kontrolować media. Upadł on podczas spotkania z prezydentem Bronisławem Komorowskim. W jego założeniu instytucja taka miałaby doprowadzić do obniżenia poziomu agresji w polityce. - Jeśli takie centrum powstanie, ktoś będzie brał pieniądze za oglądanie telewizji, czytanie gazet i słuchanie radia. Jeśli usłyszy coś nieprzyjemnego, to... nie wiadomo, co, bo prasa jest i pozostanie wolna. Chyba, że zebranym chodzi o to, żeby tak nie było. Tę drogę jednak należy odradzić i uczestnikom spotkania, i prezydentowi, który pewnie już wie, że to nie pytania dziennikarzy sprawiają kłopoty, ale odpowiedzi polityków – pisał dziennikarz RMF FM Tomasz Skory.

Zdominowanie rynku medialnego przez dziennikarzy sprzyjających władzy, widoczna chęć rządzących do przejęcia jak największej liczby środków masowego przekazu oraz wzmocnienia ich monitorowania wytrąca opinii publicznej jakąkolwiek możliwość kontrolowania rządu. - W zdecydowanej większości media dziś w Polsce niczego nie kontrolują – a już na pewno nie władzę. Media są uzależnione od władzy. Jedne wprost – jak media publiczne, drugie pośrednio – bo komercyjnym stacjom rząd może koncesję dać lub zabrać – mówił portalowi Fronda.pl Piotr Gociek z „Rzeczpospolitej”. A bez mediów kontrolujących rząd nie ma prawdziwej demokracji. Bowiem opinia publiczna bez środków masowego przekazu nie jest w stanie, ani dowiedzieć się niczego o stanie państwa, ani wywrzeć nacisku na władze. Zgodnie ze sposobem patrzenia Roberta Dahla na ustrój demokratyczny, demokracja wymaga istnienia silnie spluralizowanego rynku medialnego, który zapewnia obywatelowi dywersyfikację źródeł informacji, i który jest chroniony prawem. A w Polsce przekaz medialny zbliża się coraz bardziej do monolitu, który nie zapewnia różnorodnych źródeł informacji i, w którym nie ma miejsca na wolną wymianę myśli.

 

Debata ograniczana

Jak głosi ostatni raport Freedom House ze swobodą wypowiedzi i wymiany myśli w Polsce jest już źle. Dokument opisuje m.in. przypadek nagonki na polskiego historyka Pawła Zyzaka. - W kwietniu 2009 r. doszło w Polsce do próby politycznego zamachu na niezależność uniwersytetów i wolność badań naukowych. Rozpoczęła się ona od publikacji biografii politycznej Lecha Wałęsy (przywódcy "Solidarności" i drugiego polskiego prezydenta), opartej na pracy magisterskiej Pawła Zyzaka, studenta historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W pracy opisano zatrważające fakty dotyczące współpracy Wałęsy z komunistycznym wywiadem w latach 70., a także wymieniono nadużycia władzy podczas jego prezydencji, związane głównie z tuszowaniem wcześniejszych występków. Książka została od razu zaatakowana przez polityczne środowisko dziennika „Gazeta Wyborcza” i partii PO, a Minister nauki Barbara Kudrycka (PO) wezwała do natychmiastowego wszczęcia dochodzenia na wydziale historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, grożąc odebraniem mu akredytacji. Jej działanie zostało powszechnie odebrane jako próba ukarania najstarszego polskiego uniwersytetu za pozwolenie jednemu ze studentów na ujawnienie niewygodnych faktów z życia sojusznika obecnego rządu. Premier z początku poparł tę inicjatywę, ale protesty naukowców, dziennikarzy i polityków opozycji skłoniły go do zmiany decyzji i potępienia minister za nadgorliwość. Jednakże trzy tygodnie później rząd próbował obciąć prawie 63,4 mln dol. środków publicznych przeznaczonych na budowę nowego miasteczka akademickiego Uniwersytetu Jagiellońskiego - pisze organizacja zajmująca się monitoringiem stanu wolności i demokracji na świecie.

Podobną reakcję na prace historyków mieliśmy również po publikacji książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Pozycja została ostro skrytykowana przez polityków Platformy Obywatelskiej oraz samego Lecha Wałęsę. Zareagowano tak na fakt, że książka wydana przez IPN zawierała opis dokumentów świadczących o współpracy byłego prezydenta ze Służbą Bezpieczeństwa oraz dowody na niszczenie materiałów na ten temat przez Wałęsę. - Chcę zaapelować do pracowników IPN i historyków, aby nie nadużywali środków publicznych, bo nie będą mogli ich w przyszłości używać. IPN nie jest po to, żeby chwalić Lecha Wałęsę, nie jest po to, żeby oczerniać Lecha Wałęsę. Jest po to, żeby neutralnie z najlepszą wolą badać źródła historyczne - mówił premier odnosząc się do publikacji. Również ostatnia książka wydana przez IPN - "Od niepodległości do niepodległości" – wywołała sprzeciw Lecha Wałęsy. - Będą tę książkę niszczyć, bo to jest kłamstwo, perfidne kłamstwo. No skandal, podwójny skandal – mówił Lech Wałęsa. Co tak zezłościło byłego prezydenta? Informacja, że w latach 70. na krótko został "zarejestrowany jako tajny współpracownik SB ps. Bolek". Historia ostatnich publikacji IPN dotyczących Wałęsy pokazuje jasno, że polskie władze chcą wymusić na historykach pisanie o byłym prezydencie w sposób, który im i jemu odpowiada. To jednak ma niewiele wspólnego z wolnością badań historycznych.

W raporcie Freedom House opisano również inne sytuacje świadczące o ograniczeniu debaty publicznej w Polsce. Dokument przytacza m.in. przykłady procesów sądowych uderzających w wolność słowa, np. sprawę wytoczoną przez Adama Michnika prof. Andrzejowi Zybertowiczowi. - Innym ważnym problemem polskich mediów była skłonność sądownictwa do wydania wyroków oceniających argumenty używane w dyskursie publicznym. W jednym z najbardziej kontrowersyjnych sporów brał udział doradca prezydenta i profesor uniwersytecki, Andrzej Zybertowicz oraz szef „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. Zybertowicz został pozwany przez Michnika w 2007 r. za słowa, że jednym z argumentów używanych przez Michnika w debacie z przeciwnikami jest fakt, że był on więźniem politycznym. (...) Sąd w wydanym orzeczeniu zmusił oskarżonego do opublikowania przeprosin i zapłacenia odszkodowania za straty moralne. W odpowiedzi na wyrok sądu ponad 5000 osób podpisało list otwarty w obronie wolności słowa – piszą autorzy dokumentu.

Jako problem ograniczający debatę w Polsce wymienia się w raporcie również artykuł kodeksu karnego, który umożliwia ściganie i karanie dziennikarzy. W tym kontekście wymieniony został również proces, jaki Joannie Najfeld wytoczyła lewacka aktywistka Wanda Nowicka oraz wyrok na „Gościa Niedzielnego” w sporze z Alicją Tysiąc. - Seria wysoce kontrowersyjnych orzeczeń sądowych naruszających wolność wypowiedzi jak również ciągłe nękanie dziennikarzy śledczych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego (w tym kontekście przytoczona jest m.in. historia Wojciecha Sumlińskiego – red.) przyczyniły się do spadku wskaźnika w kategorii „niezależne media w Polsce” z 2.00 do 2.25 – pisze Freedom House w dokumencie.

Opisywane przez Freedom House zawężenie wolności słowa wraz z obserwowanym na rynku mediów wzrostem dominacji ludzi przyjaznych tylko jednej stronie światopoglądowej doprowadziło do powstania silnego i zjednoczonego frontu medialno-politycznego, który walczy z ludźmi myślącymi inaczej niż partia rządząca. To skutkuje silnym atakiem na opozycję w Polsce. Skutki nagonki na partię Jarosława Kaczyńskiego wymknęły się zresztą spod kontroli. W Łodzi doszło do mordu politycznego na działaczu PiS. Ryszard C., który strzelał w łódzkim biurze partii, nie ukrywał, że motywacją do zabójstwa była nienawiść polityczna do partii Kaczyńskiego i samego byłego premiera. - W państwach demokratycznych szaleńcy w pierwszej kolejności wyładowują swoją nienawiść na dzierżących stery, nie zaś na opozycji, która rozlicza rządzących z ich działań – pisał o zbrodni Stefan Sękowski. Choć mord w Łodzi był na razie wydarzeniem jednostkowym (i oby tak zostało), to zbliża nas on do standardów państw autorytarnych. To w nich giną bowiem działacze opozycji oraz dziennikarze krytyczni wobec władzy (o czym można się przekonać czytając o Michaile Bekietowie, Olegu Kaszynie i Konstantinie Fietisowie, których skatowano w Rosji za to, że ośmielili się pisać krytycznie o władzy). Sposób kreowania wizerunku opozycji, jako głównego wroga i szkodnika Polski, odpowiedzialnego za wszystko, co w Polsce negatywne, oraz rozliczanie jej za obecny stan państwa dopełnia obrazu pokazującego symptomy kryzysu polskiej demokracji. W wyniku zmian w prawie oraz warunków panujących w kraju typowe dla tego ustroju poszanowanie wolności i prywatności obywatela, silna kontrola oraz rozliczanie władzy przez społeczeństwo stają się coraz bardziej mirażem. Wciąż oczywiście daleko nam do Białorusi czy Rosji, ale osłabienie standardów demokratycznych jest bardzo widoczne. I dzieje się to wszystko za przyzwoleniem wyborców.

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »