Europa znów boryka się z problemami geopolitycznymi – nie dlatego, że zapomniała o historii, ale dlatego, że pamięta niej aż za dobrze.
Jak wiadomo, historia lubi się powtarzać, ale w odpowiednich okolicznościach prawda ta nabiera dodatkowej głębi. Z historycznego punktu widzenia w Europie takie okoliczności zapowiadały nastanie nowego podziału sił. Przetasowania władzy w połączeniu z narodowymi aspiracjami wymuszały korektę kursu, która dotąd wydawała się niemal niemożliwa. Dzisiaj znajdujemy się w takim właśnie punkcie zwrotnym: siła i wewnętrzne problemy Rosji napędzają jej program rewizjonistyczny, zaś echa pozimnowojennej ery optymizmu szybko milkną. Pytania o układ geopolityczny powróciły do Europy, rzucając nowe światło na starą formułę sfer wpływów.
Jeszcze osiem lat temu, przed szczytem NATO w Bukareszcie w 2008 roku i wojną rosyjsko-gruzińską, na Zachodzie był przekonany, że „koniec historii” oznacza w Europie dalszą stabilizację bezpieczeństwa oraz rozwój instytucji demokratycznych i wolnego rynku. Dzisiaj, gdy Krym należy już bezsprzecznie do Federacji Rosyjskiej, a Moskwa włącza do swoich struktur administracyjnych tereny Doniecka i Ługańska, sytuacja rozwija się w odwrotnym kierunku. Rosja znów prze ze wschodu na zachód. Nowa Europa Wschodnia, w tym Białoruś, Ukraina i Mołdawia, jest coraz bardziej pod wpływem Rosji. Zaś państwom w pasie biegnącym od krajów bałtyckich przez Polskę po Rumunię i Bałkany grozi, iż ponownie staną się terytorium spornym – „ziemiami pomiędzy”. Na zaledwie trzy miesiące przed następnym szczytem NATO w Warszawie powstaje coraz bardziej zmilitaryzowana linia podziału między Rosją a Zachodem. Linia ta biegnie wzdłuż wschodniej granicy krajów bałtyckich, granicy Polski na Bugu i dalej na południe, wzdłuż granic sojuszników NATO w rejonie Morza Czarnego. A wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek geostrategicznych zmian w Europie.
Kluczowym czynnikiem sprzyjającym reorganizacji europejskiego krajobrazu bezpieczeństwa stało się odrodzenie Rosji pod przewodnictwem Władimira Putina. Dziś jest to bez wątpienia mocarstwo rewizjonistyczne. Putin dąży do odwrócenia konsekwencji upadku Związku Radzieckiego – jego zdaniem „największej tragedii geopolitycznej XX wieku” – a jego głównym celem jest Europa. Dlatego też Stany Zjednoczone stają w Europie w obliczu agresywnego i nastawionego na odwet reżimu rosyjskiego, który będzie dążyć do realizacji swoich celów nie tylko przy pomocy środków gospodarczych i politycznych, ale także dzięki swojemu coraz bardziej zaawansowanemu zapleczu militarnemu. Od kiedy Putin objął swój urząd, Rosja dąży do odzyskania uprzywilejowanej pozycji na sąsiadujących terytoriach, a przy okazji także swojej dawnej pozycji głównego gracza na arenie międzynarodowej.
Putin ma dziś w Europie dwa cele. Pierwszy, to osłabienie istniejącego systemu obronności poprzez zakwestionowanie zdolności państw NATO do wspólnego działania w sytuacjach kryzysowych. Drugi, to wykorzystanie obecnego kryzysu w Unii Europejskiej, zwłaszcza problemu migracji z rejonu Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (MENA), aby sparaliżować instytucje unijne i doprowadzić do tego, by transakcje gospodarcze rozgrywały się głównie na szczeblu krajowym.
Sojusz NATO zareagował wprawdzie na rosnące aspiracje Rosji, ale na tyle niezdecydowanie – bez stałych baz wzdłuż swojej północno-wschodniej flanki – by bezwzględny impet Putina pozostał nieskrępowany. Ponieważ potęga Rosji została znacznie nadszarpnięta w latach 90. ubiegłego wieku, Putin prowadzi swoją rozgrywkę ze stosunkowo słabej pozycji. A jednak jeszcze zanim nastąpił spadek cen energii, zdołał on wykorzystać zasoby energetyczne Rosji do skonsolidowania władzy państwowej i modernizacji wojska. Decyzja Putina o wprowadzeniu dziesięcioletniego programu modernizacji wojska w momencie, gdy Europa została de factorozbrojona, a Stany Zjednoczone w dużej części wycofały swoje zaplecze z Europy, znacząco zachwiała dotychczasową równowagą sił wzdłuż północno-wschodniej flanki NATO.
Rozmieszczenie wojsk rosyjskich w Kaliningradzie, a ostatnio także na Krymie, stanowi bezpośredni sprawdzian zdolności NATO do prowadzenia działań na Bałtyku i Morzu Czarnym (a po rosyjskiej kampanii militarnej w Syrii – także w niektórych rejonach Morza Śródziemnego). Ten zmieniający się krajobraz strategiczny stwarza bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, ich europejskich sojuszników, a w coraz większym stopniu także dla Turcji.
Andrew A. Michta
CZYTAJ WIĘCEJ NA: salon24.pl
