I w istocie ksiądz arcybiskup może to mówić, dlatego, że jest zmrożony tylko "trochę". Ludzie na najwcześniejszym etapie rozwoju są zaś zmrożeni całkowicie. Jest ich tylko w Polsce od 50 do 60 tysięcy. Oni nie mogą się narodzić, ale nie mogą też umrzeć (choć 40 proc. z nich umrze dopiero podczas rozmrażania, a reszta – jeśli rodzice ich nie zechcą – trafi do zlewu). Nie wiem, jak dla księdza arcybiskupa, ale dla mnie to jest rzecz, która – nie trochę, ale całkowicie – mrozi krew w żyłach. I sądzę, że akurat o te istoty ksiądz arcybiskup powinien się troszczyć bardziej, niż o dobre samopoczucie polityków z Trójmiasta, których chętnie gościł na obiadkach i innych posiłkach.
Głosem tych 50-60 tysięcy najsłabszych ludzi w Polsce powinien być Kościół. I jest nim. Wypowiedzi arcybiskupa Henryka Hosera, list trzech hierarchów – dawały nadzieję, że wreszcie ocknęliśmy się z drzemki politycznej poprawności, religii kompromisu i zaczęliśmy walczyć o życie ludzkie. Ale byłoby zbyt piękne, gdyby rzeczywiście wszyscy się do tej walki przyłączyli. Zawsze bowiem musi się znaleźć ktoś, kto jak ksiądz arcybiskup Gocłowski oznajmi, że „nie ma mowy o żadnym wykluczeniu”, bo „poseł będzie musiał sam ocenić swoje postępowanie". Rzecznik Episkopatu tak właśnie to ujął.
Te dwa zdania, które są w zasadzie łyżką dziegciu w wywiadzie, który przypomina nauczanie Kościoła, wystarczają, by przekreślić wszystko inne. Wystarczają, bo jeśli stanowienie prawa, które dopuszcza zabijanie ludzi na najwcześniejszym etapie rozwoju, nie jest grzechem skutkującym „wykluczeniem z Kościoła”, to co nim jest? Co jeszcze muszą zrobić posłowie, by się wykluczyć? Czy głosowanie za aborcją też jest sprawą sumienia? A za eutanazją? Za zabijaniem nieprzystosowanych? Kościół w Kanadzie poszedł tą drogą. Też nie chciał zasmucać politycznych przyjaciół. I w efekcie jest pusty, a w kraju tym „katoliccy” politycy przegłosowali wszystkie nowinki obyczajowe (łącznie z aborcją do 9 miesiąca ciąży). A biskupi pozostawiali ich sumieniom ocenę postępowania.
I na koniec nie mogę nie zadać pytania księdzu arcybiskupowi. Czy ma on świadomość, że jego wypowiedź zostanie wykorzystana przez tych, którym los tysięcy, milionów ludzi jest całkowicie obojętny? Czy ma on świadomość, że dla wielu polityków jego głos będzie usprawiedliwieniem zachowania i działania niegodnego, niemoralnego i w istocie wykluczającego z Kościoła? Czy ma on świadomość, że w efekcie przez taką – nieprzemyślaną – wypowiedź tysiące, setki tysięcy ludzi może stracić życie w efekcie procedury in vitro, a dziesiątki polityków może bardzo poważnie narazić swoje życie wieczne? Czy naprawdę wspieranie politycznych przyjaciół jest tego warte? Księże Arcybiskupie, czy naprawdę znajomość z trójmiejskimi politykami, ich przyjaźń i sympatia jest ważniejsza niż los – także wieczny – ludzi?
Nie rozumiem tego. Naprawdę nie rozumiem.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

