Dlaczego napisał pan "Operację Chusta"?

Tomasz Terlikowski: Dla żartu (śmiech). A mówiąc poważnie, napisałem na blogu kilka pierwszych rozdziałów, a później nie mogłem się już wycofać, bo czytelnicy domagali się dalszych części.

To znaczy, że nie powstałaby ona, gdyby nie naciski internautów?

Prawdopodobnie rzeczywiście by jej nie było. Kiedy zaczynałem tę opowieść, miałem w głowie zaledwie jeden wątek. Potem historia zaczęła pisać się sama.

Fabuła jest tylko pretekstem, aby opowiedzieć o czymś więcej?

Tak. Po pierwsze jest to opowieść o polskiej przeszłości, o komunizmie, o tym, jakie były strategie przetrwania, o współpracy, bohaterstwie, sprzeciwie. Po drugie, jest to opowieść o tym, jak z tego wychodziliśmy. Wydarzenia, które rozgrywają się w książce są w pewnym stopniu inspirowane "Solidarnością". Tym, jak wtedy działali Polacy, a także tym, jak działali Filipińczycy podczas rewolucji różańcowej, kiedy to pokojowo obalili reżim Marcosa.

Solidarność odniosła sukces – jesteśmy państwem wolnym, ale jest pytanie, które pojawia się w tej książce – tak samo, jak pojawia się dzisiaj w publicystyce – na ile ten proces był kierowany przez służby? A także, na ile im się wymknął spod kontroli. To jest książka o kolejnych poziomach „montowania” rzeczywistości. Jest to więc również opowieść o mediach – całkowicie współczesnych. Nie wiem, jak będą wyglądały media w przyszłości, ale wiem, jak one funkcjonują dzisiaj. I wiem, jak można kreować rzeczywistość.

Rozlicza się pan z PRL i III RP, a przecież akcja dzieje się w przyszłości.

Polemizuję z głównym bioetycznym nurtem współczesności, jakim jest teoria „jakości życia”. Pokazuję w tej książce dokąd może ona doprowadzić, jeśli będziemy logicznie się jej trzymać. Przy tym jest to polemika z postnowoczesną wersją chrześcijaństwa. Według niej nasza wiara ma rezygnować ze swojej specyfiki, ma być dialogiczna, pluralistyczna, otwarta. Chrześcijaństwo wyprane z Ewangelii, staje się jak wódka bezalkoholowa albo wyrób czekoladopodobny.

Ewangelia jest radykalna i ekskluzywna – Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, jeśli wyjmiemy to z chrześcijaństwa, to nie ma chrześcijaństwa. Jest to rzeczywiście wymagające, ale jest masa grzeszników w tej książce i niektórzy decydują się pójść za Chrystusem. Dlatego przede wszystkim jest to opowieść nawróceniu. O tym, jak ludzie mogą do niego dojść w świecie, w jakim żyjemy, i im się może po drodze przydarzyć.

Niedawno krytykował pan w "Gościu Niedzielnym" powieści innych autorów kojarzonych z konserwatyzmem - Rafała Ziemkiewicza,Pawła Lisickiego, Andrzeja Horubały. Oni też rozliczają się z polska rzeczywistością, współczesnym Kościołem, piszą o manipulacjach mediów, o patologiach "nowego wspaniałego świata". Tematyka wydaje się podobna.

U mnie nie ma tyle pesymizmu. W swojej recenzji wskazałem właśnie na ten pesymizm w powieściach wspomnianych autorów.

Rzeczywiście, "Chusta" kończy się happy endem, ale czy to znaczy, że jest optymistyczna?

Wszystkie postacie w tej książce – a przynajmniej większość – przeżywają nawrócenie. Poza tym, chociaż przedstawiony świat  jest dość mroczny, jest w nim mnóstwo zdrajców, rządzi w w nim reguła „jakości życia” i wszechmocne media, to udaje się osiągnąć coś dobrego. Czasami dlatego, że ktoś się nawraca, innym razem, że choć działa z czystego wyrachowania – to dzięki tym jego działaniom dobro zawsze ma szansę.

Okazuje się, że w takim świecie możliwa jest wiara, miłość, nawrócenie, a przede wszystkim możliwe jest zwycięstwo tych, którzy są słabsi. Możliwe jest, że Dawid za pomocą procy miłości, zwycięża Goliata wszechmocnego państwa.

Czy na zawsze?

Tego nie wiemy. Nie ma w opowieści ostatecznego zwycięstwa, ale nie będzie go aż do końca świata. Ale zwycięstwa dobra w kolejnych bitwach są możliwe

Czy umiejscowienie akcji w przyszłości nie jest pewnym unikiem, ucieczką od tego, by pisać o codzienności, o problemach jakie dotykają nas tu i teraz?

W jakimś stopniu rzeczywiście łatwiej jest pisać o przyszłości. Ale jeżeli piałbym o współczesności, nie mógłbym postawić kropki nad i. Bo przecież procesy, które widzę, wciąż się nie domknęły. Natomiast mogę sobie wyobrazić, jak one się skończą i przedstawić to wyobrażenie po to, by skonfrontować nas z rzeczywistością. To jest forma prostsza w tym znaczeniu, że pozwala na więcej. Pozwala np. na wyciągnięcie wniosków z założeń współczesności, na które współcześni jeszcze się nie decydują. A które logicznie z ich myślenia wynikają.

Ale z drugiej strony, ta przyszłość, którą opisuję, jest umowna. Jeżeli popatrzymy się na jej składniki, to są to wszystko historie, wydarzenia, sytuacje, które już się wydarzyły. Część z bohaterów funkcjonuje w przestrzeni medialne,j czy naukowej, część jest wzorowana na postaciach historycznych – chrześcijańskich bohaterów, męczenników i świętych z XX wieku – z Polski, Rosji, czy Czech. Poza tym jeżeli opisuję wydarzenia, czy prawne pomysły, które jeszcze nie nie miały ani nie mają miejsca, to takie, które niedługo mogą stać się teraźniejszością, bo  już otwarcie stawia się je w debacie publicznej – jak choćby pozbywanie się dzieci dzieci z zespołem Downa.

A dlaczego na miejsce schronienia nie tylko dzieci z zespołem Downa, ale i całego ortodoksyjnego katolicyzmu, wybrał pan warszawską Pragę?

Bo ją lubię. To jest kawałek Warszawy, który jest bardzo autentyczny. Moja mama stamtąd pochodzi. Warszawa jest miastem bardzo zranionym zarówno czasem wojny, jak i komunizmu i to, co zostało z prawdziwej Warszawy, to są skrawki ulic na Woli i właśnie Praga.

Ale dziś Praga ma raczej opinię dzielnicy grzechu i przestępczego półświatka.

I to jest właśnie drugi powód, dla którego ta dzielnica staje się miejscem akcji. Bo w tym świecie przyszłości to właśnie chrześcijanie stanowią światek przestępczy, chrześcijanstwo traktowane jest jak przestępstwo.

Wydaje mi się, że w pana książce dla katolików są tylko dwa wyjścia – trzymanie się ortodoksji, które równa się zamieszkaniu w gettcie lub pójście na współpracę z systemem. Nie ma innej alternatywy?

Nie ma, bo przez długi czas nie było innego wyjścia, niż opowiedzenie się radykalne po którejś ze stron. My w Polsce byliśmy we w miarę – podkreślam, w miarę - wygodnej sytuacji. PRL był strasznym systemem, ale była trzecia droga – można było normalnie żyć i nie współpracować, najwyżej się za granicę nie wyjechało. Ale już w Czechach nie było takiego wyboru.

Nie było go także w Związku Sowieckim w latach 30. Metropolita Sergiusz – późniejszy patriarcha – mógł albo pójść na współpracę z władzą, albo zdecydować się na to, że w przeciągu dwóch tygodni wszyscy księża i biskupi zostaną zabici. To były realne wybory, które stały przed chrześcijanami w XX wieku i przed częścią nadal stoją. To wygląda może jak radykalna wizja, bo przecież dziś nie mamy takich wyborów, ale ludzie takie właśnie mieli, w niektórych krajach znowu ludzie przed nimi stają, a my możemy w przyszłości również znaleźć się w takiej sytuacji.

Główne zagrożenie dla polskiego katolicyzmu w pana książce przychodzi z Brukseli – z zewnątrz. Czy to jednak nie wewnętrzny wróg jest najgroźniejszy, czyli nasze własne grzechy, słabości...

Zagrożenie przychodzi z zewnątrz i z wewnątrz – jak chociażby w przypadku abp. Kiliańczuka. Większość Polaków także przeszła na drugą stronę. A pozytywnymi bohaterami są i Polacy, i Hiszpanka, czy inna postać, o której nie mogę powiedzieć, by nie zdradzać fabuły.

A poza tym, jest to po prostu opowieść sensacyjna. To nie jest głęboki traktat o duszy ludzkiej, ja nie jestem Ibsenem, więc kłopoty duszy Hassana Obamy mnie oczywiście interesują, ale o ile popychają akcję do przodu.

Hassan Obama pochodzi z rodziny muzułmańskich imigrantów, ale on sam ma już wiele z nim wspólnego. Jakoś nie wierzę, że zlaicyzowana Europa tak łatwo poradzi sobie z zagrożeniem islamskim.

Obama przede wszystkim nie jest już muzułmaninem, jest agnostykiem. Jest kimś, kto wywodzi się z rodziny muzułmańskiej i wspomina zapamiętany z dzieciństwa twardy islam jego rodziców. On sam się od niego odciął. Nie znaczy to, że już jego tego wojującego islamu w Europie nie ma. W powieściowej Warszawie w miejscu katedry św. Floriana stoi meczet, ale generalnie islamu jest tylko tłem w tej książce.

Pamięć o religijnej muzułmańskiej rodzinie pozwala Obamie zobaczyć, że każda religia jest czymś lepszym, niż całkowity nihilizm. To mu się pozwala skonfrontować z tym, jak teraz żyje. Czy to fajne życie, które prowadzi, jest na pewno takie, jakie chciałby prowadzić do końca. I to nie jest ocena współczesnego islamu, a jedynie nicości i miałkości, jaką proponuje nam współczesna Europa. Każda religia jest od tego lepsza. Chodzi o życie ludzi wierzących.

Dla kogo w takim razie jest ta książka? Tylko dla wierzących?

Dla tych, którzy patrzą się na świat, stawiają sobie pytania i zastanawiają się nad światem, w którym żyją. Nie muszą się ze mną zgadzać. Nie muszą podzielać moich opinii. Szczególnie, że nie twierdzę, że przyszłość będzie wygladać dokładnie tak, jak to przedstawiłem w książce. To jest pewna wizja narracyjna, opowieść, z której przebijają pewne aspekty współczesności i historii. I jeśli ktoś chce skonfrontować się z tą moją wizjąi, to zapraszam do lektury i polemiki.

Rozmawiała Agnieszka Jaworska

Ważne lektury:

 

[video:http://www.youtube.com/watch?v=_KIIExniM14]

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »