Film opowiada o kulisach prawyborczej walki w Partii Demokratycznej. Gubernator Mike Morris (George Clooney) jest ideowym politykiem, który chce zakończyć amerykańską interwencją wojskową na Bliskim Wschodzie i przywrócić Ameryce nadzieję na pozostanie podziwianą przez świat potęgą. Jest to klasyczny demokrata popierający małżeństwa gejowskie, ekologię i legalizację aborcji. Na pierwszy rzut oka można by nawet pomyśleć, że jest on białą wersją Baracka Obamy. Jednak Morris jest chyba nawet bardziej lewicowy niż Obama. Jest on ateistą (choć do tego jednoznacznie się nie przyznaje), który „wierzy w konstytucję Stanów Zjednoczonych”. Jest to o tyle istotny wątek, że w USA do tej pory nigdy prezydentem nie został ateista, a Amerykanie stanowczo w wielu badaniach pokazali, że nie ufają atuszom. Clooney znakomicie pokazuje tą kwestię w scenie, gdzie kontrkandydat Morrisa dociska go podczas debaty, by obnażyć brak religijności polityka, a ten robi wszystko by nie wypowiedzieć zakazanego słowa: ateizm.


Jednak to nie Morris jest głównym bohaterem tej opowieści. Kulisy wielkiej amerykańskiej polityki widzimy oczami młodego, znakomicie zapowiadającego się pijarowca Stephena Myersa (znakomity Ryan Gosling znany z „Drive” czy „Fanatyka”). Myers wydaje się wręcz fanatycznie kochać swojego szefa. Jego idealistyczny zapał hamuje trochę szef sztab wyborczego i stary wyga kampanii wyborczych, Paul Zara (jak zwykle piekielnie przekonujący Phil Seymour Hoffman), który na zimno planuje kolejne akcje mające wykończyć przeciwnika. Jego największym oponentem jest szef sztabu kontrkandydata, makiaweliczny Tom Duffy (świetny Paul Giamatti), którego misterny plan uderzenia we wroga doprowadza do prawdziwego dramatu. Istotną postacią historii jest również młodziutka  Molly Stearns, która nawiązuje romans z Myersem. Jednak dziewczyna kryje w sobie tajemnicę, która zmienia całą percepcję młodego idealisty.


/


George Clooney od dawna pokazuje swój pazur polityczny. Kilka lat temu zgarnął nominację do Oscara za bardzo dobry film „Good night and Good luck” o legendarnym dziennikarzu Edwardzie R. Murrowie, który w połowie lat 50. wypowiedział medialną wojnę senatorowi Josephowi McCarthy'emu. W tym samym roku Clooney zagrał w antybushowskiej „Syrianie”, za którą dostał złotą statuetkę. W tym roku Clooney najprawdopodobniej zdobędzie upragnioną nagrodę za „Spadkobierców”, ale jest również nominowany za scenariusz do obrazu „Idy marcowe”. Mamy więc podobną sytuację jak w roku 2006. Wieczór 26 lutego może więc należeć do Clooneya. Szczególnie, że jego film jest naprawdę doskonale zrealizowanym dziełem ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi. Perfekcyjnie to wyraziła Katarzyna Nowakowska  z „Dziennika Gazety Prawnej”, pisząc, że "nie ma wystarczających słów zachwytu nad subtelnością, wiarygodnością i maestrią kreacji stworzonych przez Goslinga, Giamattiego, Hoffmana czy samego Clooneya. Ten ostatni trzyma swoją postać na drugim planie, by zaledwie kilkoma scenami zbudować przejmujący obraz moralnego bankructwa”. I o tym głównie jest ten film. Obraz Clooneya jest oparty na podstawie broadwayowej sztuki Beau Willimona "Farragut North". Autor sztuki pracował swego czasu przy kampanii prezydenckiej demokratycznego kandydata Howarda Deana. Widać to na ekranie. Clooney zamierzał zrealizować film już w 2008 roku. Jednak wówczas na horyzoncie pojawił się Barack Obama, który miał zmieść prawicę z powierzchni ziemi. Clooney uznał, że film, który pokazuje brud i moralny upadek za fasadą idealizmu, może zaszkodzić jedynej nadziei Partii Demokratycznej, która miała być właśnie ideową odtrutką na cynizm republikanów. Oglądając „Idy marcowe” można zrozumieć dlaczego Clooney miał rację. Do tej pory amerykańscy filmowcy przyzwyczaili nas raczej do obnażania grzechów prawicy. Tym razem Clooney zdecydował się pokazać, że demokratów toczy taka sama zgnilizna moralna i nie ma tam miejsca na prawdę i idealizm. Oczywiście lewicowiec Clooney nie byłby sobą, gdyby nie zasugerował, że demokraci stają się bestiami z powodu republikanów, którzy dzięki brudnej kampanii pokonują kandydatów lewicy, a ci starają się dopasować do gry. Jest to teza karkołomna i naiwna, ale na szczęście nie psuje wymowy tego znakomitego filmu. Dzieło Clooneya może spowodować spory szok u tych, którzy wierzą w maski polityków pokazywane w telewizji. Jest to bez wątpienia film, który trafi bardziej do ludzi obeznanych ze skomplikowanymi kulisami amerykańskiej polityki, jednak uniwersalność tej opowieści może wpłynąć na myślenie lemingów, którzy wierzą, że polityk może być dziś ideowcem. Obraz Clooney’a uświadamia nam również, że coraz mniej w dzisiejszej demokracji liczy się wojna idei, a o sukcesie polityka decydują konszachty i kompromisy z wieloma grupami polityków, gra z dziennikarzami czy wręcz szantaż i wszechobecna obłuda. Dlatego właśnie film Clooneya nie należy do dzieł pokrzepiających serca jak choćby „Bulworth” Warrena Beatty. Bliżej mu do „Barw kampanii” Mike’a Nicholsa, który to film opowiadał również o kulisach kampanii demokraty wzorowanego na Billu Clintonie. Zarówno Nichols jak i Clooney stawiają jednoznaczną tezę: polityka jest grą pozorów i jednym wielkim bagnem. Czyli nic nowego.

 

/


Czytelników fronda.pl szczególnie powinien zainteresować kluczowy dla akcji wątek aborcji, gdzie w pigułce (nomen omen) widzimy dramat kobiety, która jest pozostawiona sama sobie z zimnej klinice aborcyjnej, odwrócenie się od niej mężczyzn, którym na rękę jest pozbycie się „niechcianego dziecka” czy w końcu powszechność tego „zabiegu”. Clooney nie porusza tego wątku by potępić zabijanie dzieci nienarodzonych. Poparcie dla „prawa do własnego brzucha” jest częścią ideowej twarzy Morrisa. I może właśnie dlatego ten wątek tak długo zostaje w pamięci. Bo aborcja w tym filmie nie jest nawet w połowie czymś tak złym jak cynizm i obłuda polityków.
Łukasz Adamski