Szóste z rządu wybory przegrane przez PiS dowodzą jednego: Kaczyński stał się kandydatem niewybieralnym. Najbliżej był rok temu, dosłownie o włos od wygranej z Bronisławem Komorowskim. To wtedy był najlepszy moment, by zrezygnować. Wszyscy by zrozumieli, że odchodzi z powodów rodzinnych, by, po stracie brata, zająć się chorą matką i osieroconą bratanicą. Jest tylko jeden problem. Kogo dotychczasowy prezes mógłby namaścić na swojego następcę?
Na horyzoncie nie widać nawet potencjalnego kandydata, a plotki na temat Ziobry rozsiewane są chyba tylko po to, żeby mu zaszkodzić. Niestety, największe polskie partie, w tym PiS, zarządzane są w sposób niedemokratyczny, by nie powiedzieć wodzowski. To uniemożliwia ewentualnym liderom budowanie swojej pozycji. Zazwyczaj wygląda to tak, że kiedy ktoś naprawdę ma potencjał i potrafi skupić wokół siebie ludzi, wylatuje z partii albo ląduje na bocznym torze. W PiS widzieliśmy to wiele razy, by wspomnieć choćby bunt wiceprezesów (Dorn, Ujazdowski, Zalewski) czy wypchnięcie PJN-owców.
Co mogłoby się więc stać, gdyby Jarosław Kaczyński odszedł w takiej sytuacji? To co zwykle na prawicy w Polsce. Podział, pączkowanie i kolejne Konwenty św. Katarzyny. Ale może trzeba podjąć takie ryzyko, żeby powstała prawica, która będzie zdolna do zwycięstw? Tyle że prezes PiS-u w ogóle o tym nie myśli. Gdyby się zastanawiał, co się z stanie z partią po jego odejściu powinien natychmiast zacząć się do tego przygotowywać, szukając następcy, a samemu powoli zmierzając ku zasłużonej politycznej emeryturze w roli honorowego przewodniczącego. Mentora jakim dla lewicy jest Aleksander Kwaśniewski. Nic nie wskazuje jednak na to, by miał zamiar tak postąpić. Zresztą przykład byłego prezydenta zapewne jest dla niego argumentem przeciw. Gdy Kwaśniewskiego zabrakło na czele, SLD zaczął się pogrążać aż skończył na politycznym dnie.
Rozmawiała Marta Brzezińska

