Humaniści przewalają się z programu na program, z Woronicza przemieszczają się do TVN 24, a stamtąd do stacji radiowych. Mówią jak żyć, na kogo głosować, czy demokracja gnije czy nie. Oni mają na to czas. W ich cieniu jest gdzieś inteligencja techniczna, czy też po prostu grupa fachowców, bo wielu z nich nie chce mieć z tym określeniem nic wspólnego.
To niesłychane, ale w Polsce, w kraju, który w rozwoju cywilizacyjnym ma stosunkowo mały udział przemilcza się sukcesy naszych naukowców-ścisłowców, albo mówi o nich półgębkiem. Czasami możemy dowiedzieć się o Polakach, którzy dokonują wielkich rzeczy. Dwa dni pokazano wynalazców, którzy otrzymali granty z Fundacji Nauki Polskiej. Michał Mikulski z Politechniki Śląskiej pracuje nad elektronicznym szkieletem, dzięki któremu ludzie z urazami kończyn, zanikiem mięśni, albo urazami kręgosłupa będą mogli chodzić. Grzegorz Gorczyca z Politechniki Gdańskiej wraz z zespołem pracuje nad opatrunkami, które będą szybko leczyły rany. Paweł Chrustek z Uniwersytetu Jagiellońskiego opracowuje nowy system wykrywania lawin. To dobrze, że TVP poświęciła młodym wynalazcom kilka chwil, choć to za mało. Takim ludziom poświęca się co najwyżej migawki, a to materiały o nich powinny być „czołówkami” w programach informacyjnych, w prasie i na portalach.
W marcu tego roku Nagrodę Wolffa (taki mały Nobel) otrzymał polski chemik pracujący w USA, Krzysztof Matyjaszewski (specjalizacja chemia polimerów). Kilka małych notek pokazało się tu i ówdzie i koniec. Rok temu polski programista, łodzianin Sylwester Łoś zadziwił informatyczny świat, gdy jego program graficzny ArtStudio był jednym z kilku najlepiej sprzedających się programów za oceanem. Kilka małych notek i koniec. Tylko z ostatnich miesięcy można by zebrać co najmniej kilka takich newsów.
Pytałem znajomego niemieckiego dziennikarza jak to wygląda u nich: odpowiedział mi, że ktoś taki z miejsca trafia na okładki gazet i ciąga się go do programów. Za wcześnie na laurki, bo może to jego ostatni dobry wynalazek? No i co z tego, przynajmniej zarazi sukcesem innych młodych. I takie podejście praktykuje się w kraju, który wydał setki wielkich uczonych, a do dzisiaj Badenia-Wirtembergia pełni funkcję europejskiej Doliny Krzemowej. W Polsce jest inaczej, bo u nas humaniści zawsze mieli rząd dusz. Tu się przede wszystkim liczyli wieszcze, poeci i prozaicy. Aktorzy, nawet jeśli to zwykli kuglarze i komedianci, mają prawo wypowiadać się jako autorytety na każdy temat. Do tzw. inteligencji technicznej czyli fachowej humaniści mieli zawsze sporo pogardy. Określenie „kompletny inżynier” - jako definicja osobnika ograniczonego sformułował sam Antoni Słonimski. Moi koledzy z wydziału dziennikarskiego czy prawa zawsze uważali, że mogą poderwać dziewczynę kolegom z Politechniki. - Na Polibudzie mają słabą, techniczną gadkę – tłumaczyli swoją przewagę.
Kilka miesięcy temu Bank Światowy opublikował prognozy wedle których polska gospodarka skarleje w perspektywie kilku lat właśnie z powodu posiadania niskich technologii i małej innowacyjności. Przed wyborami politycy obiecują nam, że to się zmieni, bo to tylko kwestia organizacji: przewietrzy się Komitet Badań Naukowych, odpowiedni ludzie wejdą do ministerstwa edukacji, stworzy się jakiś program za pieniądze unijne, itd. I będzie lepiej. Nie będzie, bo to kwestia mentalności. W Polsce nikt nie zaryzykuje pieniędzy na coś, co jest nowatorskie. Nie tylko prywatni przedsiębiorcy, ale i banki. Znajomy informatyk opowiadał o reakcji na produkt, który przedstawiał. Zawsze gopytano o jedno: skoro jego produkt jest taki genialny, to dlaczego nikt go nie wymyślił na Zachodzie? I w końcu opatentował go w Londynie. Nikt nas nie musi poniżać, sami potrafimy zrobić to najlepiej. Prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk twierdzi, że wynalazcom trudno się przebić w Polsce także dlatego, bo po pierwszym niepowodzeniu autor zyskuje reputacje nieudacznika. A statystycznie ci, którzy dokonują rewolucji w nauce i biznesie, po drodze zaliczając kilka bankructw. W Stanach to wiedza powszechna, u nas prawie tajemna.
Inteligencję techniczną jako grupę społeczną przywołał klika lat temu Ludwik Dorn upatrując w niej oparcie dla PiS. Racjonalni inżynierowie mieli być antytezą rozhisteryzowanych lewicowych humanistów. Bo tak podobno było przed wojną – ścisłowcy raczej stali po stronie konserwatystów. Na owe umizgi „inteligenci techniczni” zareagowali spokojnie. Nie słychać ich głosu także dlatego, iż nie mają czasu biegać po studiach telewizyjnych. A sami też bywają zgryźliwi wobec humanistów. Dziesięć lat temu na balu polonijnym w Pittsburghu spotkałem polskiego naukowca, który zapytał się kim jestem z zawodu. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że dziennikarzem. Na to tamten odparł: „Jaki pan ma zawód, pytam!” sugerując, że dziennikarstwo to nie jest profesja dla poważnych ludzi. Owym naukowcem był Krzysztof Matyjaszewski, któremu z całego serca i bez złośliwości życzę Nobla. Prestiżowe naukowe magazyny dają mu właśnie taką szansę.

