Katolicy przeżywają dziś najważniejsze dla siebie święto. Zmartwychwstanie Jezusa, pokonanie przez Niego śmierci i odkupienie ludzkości jest kwintesencją naszej wiary. Jeżeli On nie zmartwychwstał to chrześcijaństwo nie ma żadnego sensu. Jest puste, pogańskie i po prostu infantylne. „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 List do Koryntian 15,14). A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał — pisze św. Paweł — także umarli nie zmartwychwstaną, a ludziom pozostanie hasło: jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy (1 List do Koryntian 15,32). Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał to daremne są próby duchowego zmartwychwstania wszystkich upadłych grzeszników.
Kino od samego początku swojego istnienia sięgało po tematy religijne i eksploatowało „Dobrą Nowinę”. Nawet komunizujący gej Pier Paolo Passolini nakręcił jeden z najpiękniejszych filmów religijnych w historii kina- „Ewangelię według św. Mateusza”. Ostatnim arcydziełem religijnym była oczywiście „Pasja” zmagającego się z własnymi demonami Mela Gibsona. Okazuje się, że po latach deficytu filmów religijnych, wraca ona do łask. Niedługo „fabryka snów” ma wydać z siebie film o zmartwychwstaniu Jezusa. Pisałem zresztą o tym na www.portalfilmowy.pl. „Zmartwychwstanie” ma zaczynać się tam, gdzie skończyła się „Pasja” Mela Gibsona i ma opowiadać o 40 dniach, które miały miejsce po zmartwychwstaniu. Natomiast według niepotwierdzonych oficjalnie informacji Steven Spielberg podpisze kontrakt na wyreżyserowanie nowej wersji „Dziesięciu Przykazań”. Film ma mieć tytuł "Gods and Kings". Według pierwszych przecieków film ma skupiać się na działalności Mojżesza i wpływie Dekalogu na współczesnego człowieka. Nad obrazem o Judzie Machabeuszu pracuje twórca „Pasji”, Mel Gibson. Jego nowy obraz ma prezentować dzieje Judy Machabeusza, przywódcy żydowskiego powstania przeciwko Grekom i Syryjczykom. Powstaje również obraz o biblijnej Arce Noego, którego twórcą ma być Darren Aronovski, twórca m.in „Zapaśnika” i „Czarnego Łabędzia”. Szykuje się więc dosłowny wysyp religijnych dzieł, które mogą mieć zbawienny (dosłownie) skutek w coraz mocniej zsekularyzowanej Europie (reszta świata wraca do wiary). Ja czekam z niecierpliwością na te filmy, bo kino religijne jest bardzo bliskie mojemu sercu. Szczególnie jeżeli dotyczy ono filmów o Jezusie z Nazaretu. Niestety ( z punktu widzenia kinomana) po do bólu realistycznej „Pasji” trudno oglądać wzniosłe i teatralne obrazy o życiu Jezusa. Dlatego bliższe mi jest (filmowo nie dogmatycznie) kontrowersyjne, ale głęboko religijne „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese niż „Jezus z Nazaretu” czy nawet irytująco wzniosła „Maria, matka Jezusa”, z ciekawą kreacją Christiana Bale’a. Chrystusowego ducha można jednak doświadczyć nawet mocniej w filmach nie opowiadających bezpośrednio o czynach Jezusa. Chciałem dziś w felietonie omówić moje ulubione filmy religijne. Jednak skupię się na tym jednym- wstrząsającym i niepokojącym, który jak w soczewce pokazuje upadek, grzech, odkupienie i zmartwychwstanie. Mowa o „Złym Poruczniku” Abla Ferrary.
Czy film o gliniarzu, który handluje kokainą, ma w głębokim poważaniu własną rodzinę i jest uzależniony od narkotyków, hazardu oraz seksu z prostytutkami może prezentować chrześcijańskie wartości? Czy film o zepsutym do szpiku kości policjancie, który wykorzystuje do swoich lubieżnych czynów złapane naćpane nastolatki może być uznany za głęboko religijny? Nazwisko jego twórcy daje odpowiedź na to pytanie. Abel Ferrara jest jednym z najciekawszych amerykańskich reżyserów. Od wielu lat zmaga się on z uzależnieniem od narkotyków, wiecznym buntem i głęboką wiarą w Boga. Bóg jednak najbardziej kocha upadłych grzeszników. To oni w końcu są tymi zagubionymi owcami, za którymi idzie pasterz. Ferrara jest idealnym przykładem syna marnotrawnego i zagubionej owieczki, która sama stara się wrócić do stada. Ten były reżyser porno przeszedł niebywałą drogę od komercyjnego „Crime Story”, przez mocne „Uzależnienie” czy arcybrutalnego „Króla Nowego Jorku” do dzieła, które wstrząsnęło kinem. „Zły porucznik” powstał w tym samym roku co „Wściekle Psy” Quentina Tarantino. Oba zostały uznane za nowy krok w historii kinematografii. Jednak film Ferrary był czymś więcej niż atrakcyjnym baletem śmierci i apologią przemocy. Religijny pierwiastek, który Ferrara zaszczepił w tym filmie jest widoczny w jego całej późniejszej twórczości. Reżyser dotykał jeszcze egzystencjalnych tematów w inspirującej, ale nierównej „Marii” z Juliette Binoche i Forestem Whitakerem, za którą dostał Nagrodą Specjalną Jury na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. „Dzięki „Marii” przeczytałem Biblię w inny sposób. I zobaczyłem prawdziwych ludzi oraz prawdziwe emocje. Tak jak moi bohaterowie, którzy żyją w pośpiechu, aż wreszcie muszą zadać sobie podstawowe pytania. Gdzie tak pędzisz? Jaki to wszystko ma sens?” - mówił reżyser w wywiadzie dla „Filmu” w 2006 roku. Jednak to „Zły Porucznik” pozostaje punktem odniesienia dla twórczości tego niezwykłego twórcy. „Przez znakomitą część filmu miałem wrażenie, iż religijna interpretacja „Złego porucznika” to jakiś ponury żart. Przed seansem wiedziałem, że autor scenariusza pracuje na co dzień jako katecheta – mimo to, oglądając obraz najgłębszego, moralnego upadku bohatera brawurowo odegranego przez Harveya Keitela, upadku ukazanego bez aluzji czy niedopowiedzeń, życia przeszytego najgłębszą rozpaczą, niemożliwą już do stłumienia hazardem, narkotykami i alkoholem, zastanawiałem się, cóż chrześcijańskiego może być w tej przejmującej wizji piekła na ziemi. Odpowiedzi udziela finał filmu”- pisał o obrazie pisarz Szczepan Twardoch, który dobrze uchwycił problem z tym małym arcydziełkiem. Niestety wielu krytyków i widzów skupiło się w filmie na sugestywnych scenach seksualnych orgii czy narkotycznych „podróży” skorumpowanego gliny, który prowadzi śledztwo w sprawie brutalnie zgwałconej krucyfiksem zakonnicy, zapominając, co w obrazie jest najważniejsze. Punktem zwrotnym historii jest właśnie relacja gliniarza ze zgwałconą zakonnicą. Spotkanie z kobietą, która przebacza swoim oprawcom (których zna) i nie chce wyjawić ich imion, odmienia gliniarza. Nagle dostrzega on dobro, które zostało odkryte przez wielkie zło. Porucznik nie może poradzić sobie ze spotkaniem czystego i prostego chrystusowego ducha, o którym tak często dziś się zapomina. Kulminacją przemiany jest scena, gdy w rozpaczy bluzga on w stronę Jezusa pytając, gdzie ten był przez całe jego życie. Trudno nie czuć prawdziwego wstrząsu podczas sceny modlitwy Jezusa w Getsemani pięknie sportretowanej przez Gibsona czy krzyku Jezusa na krzyżu w interpretacji Martina Scorsese. Jednak to piorunujący Harvey Keitel (który dostałby Oscara, gdyby Akademia miała cojones) w roli „złego porucznika” powoduje, że mamy do czynienia z jedną z najbardziej chrześcijańskich scen w historii kina.
Jak już pisałem na początku tekstu filmowcy wracają do kina religijnego. Niestety robią to w poprawny politycznie sposób. Czy ktoś odważyłby się dziś na pokazanie w realistyczny sposób świat, gdzie Ewangelia ratuje upadłe dusze? Czasami tylko tak można to zrobić. Niedawno nakręcony „Zły Porucznik” Wernera Herzoga z Nicolasem Cagem pokazał, ile jest warta jest ta historia bez religijnego podtekstu i chrystusowego ducha. Nic. Zero. Jest warta tyle samo ile chrześcijaństwo bez zmartwychwstania.
Łukasz Adamski

