Według wstępnych prognoz lekarskich kobieta miała żyć z chorobą od 3 do 10 lat. Niestety 70 dni później badanie tomografem wykazało, że guz mózgu się powiększył. Brittany dano już tylko pół roku życia. Wtedy postanowiła, że umrze 1 listopada, zanim będzie czuła ogromny ból.
Razem z rodziną przeniosła się z Kalifornii do stanu Oregon, gdzie legalnie wykonuje się eutanazję.
O swojej walce o „godną śmierć” opowiedziała w filmiku wrzuconym na YouTube. Założyła także fundację The Brittany Maynard Fund, która zbiera fundusze na „godną śmierć” innych chorych osób.
Maynard w nagraniu opowiada o tym, jaka będzie jej śmierć. „Chcę być wtedy otoczona najbliższą rodziną - mężem, mamą i ojczymem, a także najlepszą przyjaciółką, która jest lekarzem. Umrę tutaj, na górze, w sypialni. Odejdę spokojnie, z bliskimi u boku, z ulubioną muzyką w tle. Brak mi słów, żeby opowiedzieć o uldze, jaką odczuwam, wiedząc, że nie będę musiała umierać w sposób, o jakim opowiedzieli mi lekarze. Że rak nie zrobi ze mnie niewolnicy” — mówi.
Ta wzruszająca historia ma pokazać „dobrą stronę” eutanazji. Warto w tym kontekście przywołać przykład zmarłej przed kilkoma dniami Anny Przybylskiej, która swoim cierpieniem i śmiercią pokazała, że zawsze warto walczyć o życie i że mimo cierpienia warto być z najbliższymi do ostatniej chwili. Jej droga przypomina nam, że życie i umieranie mają prowadzić do ostatecznego celu, którym jest Niebo.
ed/TVN24.pl
