Szpital w Bagandou jest jedyną tego typu placówką medyczną w promieniu ponad 60 kilometrów. Pomaga przede wszystkim dzieciom i matkom oczekującym potomstwa. Placówka powstała dzięki ofiarom z tacy wiernych z diecezji tarnowskiej oraz kolędy misyjnej prowadzonej przez dzieci.

- Szpital dysponuje 20 łóżkami. W ciągu miesiąca korzysta z niego około 250 pacjentów, z czego mniej więcej 60 jest hospitalizowanych - wylicza ks. Krzysztof Czermak, wikariusz biskupa tarnowskiego do spraw misji.

Oddana w 2004 roku placówka była zamknięta przez ponad pół roku, bo nie było lekarzy, którzy chcieliby pracować w Afryce. Na nowo otwarto ją w listopadzie, gdy po wielu staraniach udało się skompletować zespół lekarski. - Niestety, mija właśnie półroczny kontrakt dla części z nich. Dlatego pilnie szukamy osób, które zechciałyby ich zastąpić - mówi ks. Czermak, który nie ukrywa, że praca łatwa nie jest, ale daje ogromną satysfakcję.

- Wśród miejscowej ludności panuje wciąż wysoka zachorowalność na malarię i na choroby powodowane przez pasożyty. Mimo że są to schorzenia dość powszechne na Czarnym Lądzie, to jednak wciąż zgarniają wysokie żniwo przez zaniedbania i brak świadomości, jak należy sobie z nimi radzić - mówi Elżbieta Wryk, dyrektorka szpitala w Bagandou. Dodaje, że lekarzom najtrudniej jest jednak walczyć z mentalnością Pigmejów, wśród których powszechne jest myślenie, że przyczyny chorób są ponadnaturalne. - Zanim przyjdą do nas, idą do miejscowych uzdrawiaczy i czarowników, którzy aplikują im różne zioła i mikstury. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, co wcześniej zażyli - mówi Wryk.

Oprócz niej w szpitalu pracują dwie młode lekarki. Porody odbiera wykwalifikowana położna. Pomagają im siostry pasterzanki. Wszystkie są z Polski. Jest też zatrudniony miejscowy felczer.

 

MaRo/Polska


                
/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »