Jak podała państwowa agencja Xinhua, z wszczętego śledztwa wynika, że urzędnicy "użyli okrutnych środków", aby zmusić Chinkę do wyrażenia zgody na aborcję. Pod nieobecność męża, kobieta została siłą zabrana z domu, a w szpitalu - pod przymusem - podpisała stosowne dokumenty, w efekcie czego zamordowano jej nienarodzone dziecko. Tłumaczono, że jego urodzenie "naruszałałoby reguły polityki jednego dziecka".
Po zabiegu Feng poprosiła o pokazanie jej dziecka, któremu zdjęcie zrobiła szwagierka prześladowanej matki. Kobieta umieściła wstrząsającą fotografię w internecie. Jak podkreślają zagraniczne media, wywołało to poruszenie wśród Chińczyków i dyskusję o egzekwowaniu "polityki jednego dziecka".
Już nie mogę doczekać się głosów wszystkich zakochanych w Chinach wolnorynkowców, którzy będą podnosić krzyk, że "nie takie Chiny straszne, jak je konserwatyści malują", a bestialstwo chińskich urzędników, to tylko "marginalne zjawisko". Ciekawe tylko, jak wszelkiej maści liberałowie skomentują fakt, że to państwo decyduje o tym, ile dzieci może mieć obywatel. To ma być przejaw liberalizmu?
AM/Wp.pl

