Ojciec John Bashobora po raz pierwszy przyjechał do Polski w 2007 roku. Już wtedy było głośno o afrykańskim księdzu, który modli się i uzdrawia. Od kilku lat jeździ po świecie – modli się, wypędza złe duchy. Jego biskup potwierdza 27 wskrzeszeń, które miały miejsce podczas jego modlitwy nad umarłymi.

John Baptist Bashobora jest księdzem ugandyjskiej diecezji Mbarara. Koordynuje tam działania Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej (CCR). Na co dzień zajmuje się sierotami, trudną młodzieżą, chorymi na AIDS. Niezwykły charyzmat, który posiada, przyciąga do niego nie tylko dzieci, ale i tłumy wiernych. W Polsce można było zobaczyć je w Gdańsku i w Warszawie na początku sierpnia tego roku. Po konferencjach słyszeliśmy wiele świadectw uzdrowień fizycznych i duchowych.

Kiedy był dzieckiem – chciał być tak jak Jezus. Wierzy, że Jezus potrzebuje jego rąk i ust, żeby dzisiaj działąć w świecie. Jego prosta wiara nigdy go nie zawiodła, pomimo trudnych życiowych doświadczeń.

Po raz pierwszy z Odnową Charyzmatyczną spotkał się w seminarium, kiedy miał 17 lat. Poprosił wtedy Boga o dar uzdrawiania, ale przez długi czas go nie wykorzystywał - w Ugandzie wybuchła wojna domowa i CCR zostało zakazane. Jak wspomina w wywiadzie dla angielskiego miesięcznika CCR „Good News” był to czas wielkiej biedy. - Nie było ani mydła, ani cukru, a hostię podczas Eucharystii dzieliliśmy na cztery części.

- Niebezpieczeństwem dla afrykańskiego księdza diecezjalnego jest to, że choć nie posiada tyle, co księża na Zachodzie, to i tak dostaje wiele podarunków, dobrych ubrań i przedmiotów, na które nie mogą sobie pozwolić zwykli ludzie. Łatwo się wówczas do nich przyzwyczaić. - opowiada.


Jedyny warunek - przebaczenie

Jako młody ksiądz został przydzielony do pracy z młodzieżą. Wiele dzieci, które spotykał żyło w skrajnym ubóstwie i nie chodziło do szkoły, bo rodziny nie mogły za nie zapłacić. Zwłaszcza za dziewczynki, które były właściwie bez szans na edukację - jeśli trzeba wybierać, które dziecko wysłać do szkoły, posyła się chłopca, bo to on troszczy się o byt materialny rodziny. Pieniądze, które o. Bashobora zbierał na tacę, przeznaczał na żywienie i opłacanie szkoły początkowo piątce takich dzieci.

Postanowił wstąpić do zakonu. Wyjechał do Nairobi, do pracy z dziećmi ulicy – dziewczynami, które prostytuowały się, by zarobić na życie i chłopaków żyjących na granicy prawa. Wielu z nich się nawróciło, wielu też zaczęło wstępować do nowicjatu, zapełniając dom zgromadzenia. Wkrótce zrobiło się tam aż nazbyt ciasno i Bashoborę wysłano na studia do Indii.

Tu nowicjat mieścił się w bogatej dzielnicy, a obok żyli „nietykalni”, czyli najbiedniejsza klasa indyjskiego społeczeństwa. W zakonie dwa razy popadł w tarapaty: raz za opuszczenie zgromadzenia bez pozwolenia przełożonego, gdy poszedł z posługą do chorego, za drugim razem, gdy oddał kobiecie żebrzącej na ulicy swoje kieszonkowe - co było niezgodne z zasadami zgromadzenia, które pomagać może jedynie jako wspólnota, nie indywidualnie. Po tym incydencie został uznany za niezdolnego do życia wspólnotowego. Postanowił wrócić na uniwersytet. Gdy okazało się, że rektor w zgromadzeniu zachorował i znowu potrzeba księdza, wrócił z powrotem do domu zakonnego. Stamtąd biskup wezwał go do Ugandy i przydzielił parafię. Tutaj ponownie rozpoczął posługę wśród ubogich.

- Kiedy ludzie zobaczyli, że troszczę się o biednych, zaczęli wracać do Kościoła.- mówi. Zaczęli przychodzić też protestanci ze względu na nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie, które sprawował przed Najświętszym Sakramentem. Niektórym jednak nie odpowiadało to, że o. Bashobora żyje w ubóstwie. - Uważali, że nie przystaję do obrazu księdza, bo byłem biedny. - mówi.

Biskup wysłał go więc na studia do Rzymu. Tam rozpoczęły się jego wewnętrzne zmagania z tekstami Ojców Kościoła, po których, jak sam to określa, miał „przekonać się, czy chrześcijaństwo jest dla niego prawdziwe, czy to tylko jakaś religia białego człowieka”.

Przez Ugandę tymczasem przetaczały się konflikty, wybuchła wojna, ludzie ginęli z niedożywienia i braku lekarstw. Pytanie o sens cierpienia nie dawało mu spokoju, szukał odpowiedzi. Odnalazł ją właśnie u Ojców Kościoła – sens i zbawczą rolę cierpienia. Wkrótce dzięki modlitwie sam przebaczył i pozbył się bólu z własnego serca. A miał co przebaczać. Wychowywał się bez rodziców. W dniu swoich święceń kapłańskich ciotka, która się nim zajmowała od drugiego roku życia, powiedziała mu że to ona otruła jego ojca. Wielokrotnie myślała też, żeby i jego zabić, z powodu biedy jaką cierpieli. Przebaczył ciotce. Przebaczenie jest warunkiem uzdrowienia.

W Rzymie również zaczął się modlić w grupie charyzmatycznej Lumen Christi i tam jeden z jezuitów rozpoznał jego dar: „Masz dar uzdrawiania i go ukrywasz!” Zachęcał go, by się nie bał częściej z niego korzystać. W 1988 raku wrócił po studiach do Ugandy i za zaoszczędzone pieniądze płacił za edukacje już nie tylko pierwszej piątki dzieci, ale i kolejnych stu czterdziestu pięciu.

Gdy znalazł się na powrót w Ugandzie jego posługa uzdrawiania stawała się coraz bardziej znana. Zapraszano go do celebrowania nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie, na konferencje i rekolekcje. Któregoś razu zaproszono go ponownie do Włoch, gdzie posługiwał modlitwą wstawienniczą. Z datków, które przekazywali mu ludzie, opłacał szkoły dla dzieci. Dzisiaj utrzymuje ich ponad cztery tysiące.

Pamiętam jak kiedyś czułem się bardzo zawiedziony i zły ogromem problemów, które napotykałem i sam dla siebie byłem godny politowania. Wtedy Pan zapytał mnie: „Co jest twoją misją jeśli nie pomaganie biednym? Kogo są te pieniądze, których używasz, twoje czy moje?”. Kościół musi pomagać ubogim, jeśli nie będzie pomagał – umrze.

O. Bashobora przyjeżdża do Polski po raz czwarty. Konferencje z jego udziałem odbędą się w Lublinie i w Warszawie. Wydarzenie koordynuje grupa Charyzmatycy. Fronda.pl rozmawiała z Robertem Tekieli tuż przed rozpoczęciem konferencji.

- W Gdańsku posługiwałem przy egzorcyzmach czternastoletniej Białorusinki, która od lat nie mogła przystępować do Komunii Świętej, bo zły duch fizycznie nie pozwalał jej tego zrobić. Egzorcyści z diecezji przywozili ludzi, nad którymi ich modlitwy nie skutkowały, a dzięki modlitwie o. Bashobory byli uwalniani. - opowiada Robert Tekieli. - Widziałem w swoim życiu wielu egzorcystów i wiele osób obdarzonych niesamowitymi charyzmatami, ale co zaskakuje u o. Bashobory to to, że on nigdy nie wyciąga publicznie tych uzdrowień – podczas modlitwy, gdy wywołuje uzdrowionych, nie wymienia nawet pięciu procent z nich!

- To bardzo pokorny człowiek, roześmiany, z absolutnie prostą wiarą. W wieku dziesięciu lat zdecydował, że odda swoje życie Bogu, Człowiek, który ma pewność, że jeśli ktoś wierzy, to spełniają się w nim słowa Jezusa – głusi będą słyszeli, niewidomi odzyskają wzrok. To też człowiek doświadczony przez życie, który całym sobą, nie tylko słowami świadczy o mocy, jaką ma przebaczenie. To brak przebaczenia - nasze pretensje do Boga - blokują działanie Bożej łaski.

Modlitwie uwielbienia podczas konferencji towarzyszy specyficzna atmosfera: bębny, muzyka, modlitwa uwielbienia – spontaniczność w modlitwie nie bardzo przystaje do polskiej mentalności, czy Polacy nie mają problemów z takim charakterem modlitwy?

- Wręcz przeciwnie - wyjaśnia Tekieli. - Atmosfera budowana jest stopniowo, ludzie się otwierają. Kiedyś uczestniczyłem w modlitwie, gdy o. Bashobora modlił się o wylanie ducha radości. Ludzie zaczynali się śmiać stopniowo, niektórzy po pięciu, niektórzy po dziesięciu minutach, w niektórych budziło to oburzenie, zgorszenie. Zobaczyłem wtedy naród, przez który przez trzysta lat przetaczały się armie, ludzi, których rodzice, dziadkowie walczyli, albo patrzyli na śmierć swoich bliskich, jak rodzice byli mordowani, siostry gwałcone... Jak bardzo jesteśmy zablokowani na radość, która jest darem Ducha Świętego.

aj

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »