- Moje badania, a w zasadzie dostępne źródła historyczne nie potwierdzają rewelacji "Naszego Dziennika". Trzeba pamiętać, że w środowisku komunistycznym teza o dowiezieniu Wałęsy motorówką do stoczni jest powielana od wielu lat. Jednym z pierwszych, którzy zakwestionowali "skok przez płot", był Aleksander Kopeć  - w okresie strajków sierpniowych 1980 r. minister przemysłu maszynowego i negocjator rządowy, później zaś wicepremier.

 

Już w 1991 r. pisał on, że podczas pobytu w Gdańsku w sierpniu 1980 r. "nieobce były pogłoski, że [Wałęsa] wpłynął tam kutrem patrolowym marynarki wojennej...". W jednym z wywiadów Kopeć połączył tę wersję z "zależnościami [Wałęsy] od SB": "Brałem bardzo czynny udział w rozwiązywaniu sporów społecznych i gaszeniu strajków. W latach 1980-[19]81 podpisałem blisko 50 umów i porozumień ze strajkującymi robotnikami, w tym także porozumienia rządowe z górnikami w Jastrzębiu. Wydaje się jednak, że był jeszcze inny rozgrywający. I nie był nim elektryk uwikłany w podejrzane zależności od SB, który rzekomo bez drabiny przeskakiwał 4-metrowych wysokości płoty".

 

Dysponujemy zatem jedynie relacjami w tej sprawie. Przed laty śledztwo dziennikarskie Krzysztofa Wyszkowskiego, wsparte relacjami Henryka Jagielskiego, Ludwika Prądzyńskiego, Bogdana Felskiego i Jerzego Borowczaka, pozwoliło wskazać wreszcie miejsce skoku Wałęsy. Nawet on sam wycofał się ze swoich wcześniejszych wersji o forsowaniu murów, dziur w płotach itd. i przyjął ustalenia Wyszkowskiego.

 

Problem w tym, że w owym skoku  miał pomagać Wałęsie Jerzy Kozłowski, groźny współpracownik SB o ps. "Kolega", nieodłączny towarzysz Wałęsy z wydziału W-4 Stoczni Gdańskiej im. Lenina. W ostatnim czasie opisał to w swoich wspomnieniach "Byłem stoczniowcem". Powstaje zatem pytanie o zakres kontroli Wałęsy ze strony bezpieki. To zadanie dla historyków.

 

Not. Jarosław Wróblewski