Według Cenckiewicza, lustracja w Polsce została zatrzymana wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 1998 roku. Orzeczenie to stawia przed sądami wymogi, których nie są w stanie spełnić, chcąc uznać, że dana osoba była świadomym TW.

Dzieje się tak m.in. dlatego, że przed sądem należy wykazać, że dany TW zaszkodził swoją działalnością. W praktyce jest to materia bardzo trudna do oceny i bardzo rozległa jeśli chodzi o interpretację faktów. - Dlatego lustracja, taka jaka w Polsce obecnie obowiązuje, nie ma większego sensu - mówi Cenckiewicz.

Przez to orzeczenie można stwierdzić, że w Polsce właściwie lustracji nie ma - podkreślił Cenckiewicz. Jak zaznaczył, przykładem jest sprawa Lecha Wałęsy. - Osoby, które mu wynosiły akta, czyściły archiwa UOP i MSW z akt, które dotyczyły Wałęsy, przywoziły mu je w nocy do Belwederu, w jego procesie lustracyjnym były świadkami obrony - mówił. Ciekawe jest też to, że sąd, mając w posiadaniu akta ze śledztwa w sprawie zniknięcia akt Wałęsy, nie podjął żadnych kroków, by tę sprawę zweryfikować. - W tych dokumentach był dokładny spis, jakie dokumenty Wałęsie wypożyczono. Była tam m.in. odtworzona notatka opisująca przebieg jego werbunku z grudnia 1970 roku. To wszystko sąd wiedział, ale nie wykorzystał tej wiedzy w czasie procesu lustracyjnego Wałęsy.

- Dlatego lustracja, taka jaka w Polsce obecnie obowiązuje, nie ma większego sensu - mówi historyk.

Zdaniem Cenckiewicza, wyjściem z tej patowej sytuacji jest możliwie szerokie otwarcie archiwów Instytutu Pamięci Narodowej. - Trzeba się skupić na maksymalnym otwarciu archiwów IPN i niech taka "lustracja" toczy się dalej własnym życiem - przekonuje.

 

MaRo/Nasz Dziennik

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »