Przyjechał dziś po mnie autobus szkolny – klasyczny, żółty, staromodny, zupełnie taki, jak pokazują w amerykańskich filmach. Znany mi doskonale model, który w USA wozi dzieci do szkoły, a w krajach Ameryki Środkowej wozi wszystkich wszędzie i występuje wówczas pod nazwą CHICKEN BUS ("kurzy bus", bo rzeczywiście ludzie wożą nim kury, kaczki, jaja i prosięta na targ). A zatem przyjechał dziś po mnie żółty autobus szkolny. Jechał i jechał zza tego mojego dalekiego horyzontu, kurzył i kurzył, a kurz który wznosił wyglądał pięknie - jak czerwone malowidło na zimnym niebie.

 

Jeszcze pół godziny do wschodu słońca, chłodny świt, na zegarze siódma. Pod warunkiem, że byłby tu zegar. Jedyny jaki mam, to zegar w komputerze, nastawiony na czas polski - pokazuje, że jest już dawno po południu i ludzie wychodzą z roboty, podczas, gdy ja siedzę tu sobie przed wschodem słońca na… no właśnie: jak nazwać to na czym siedzę? Czy to weranda? Nie bardzo, bo weranda to przybudówka z oszklonymi ścianami, a ja siedzę na czymś co ma drewnianą podłogę w formie podestu, daszek na słupkach, i jest przyklejone do domu na całej długości ściany od frontu; a drugie takie samo jest z tyłu domu. Czy to ganek?

 

No mógłby ewentualnie być, tyle że ganki w polszczyźnie są kojarzone z wejściem do budynku, a jeśli już biegną wzdłuż całej ściany(w formie otwartego korytarza), to raczej jako galeria na piętrze. W Ameryce,to na czym siedzę, nosi nazwę "porch". Jeśli jest wybudowane od frontu, mówimy "front porch", a gdy z tyłu domu, to "back porch". Na...porczu siadują babcie w bujanych fotelach i obserwują życie ulicy. Tak jest do dzisiaj, ale raczej nie tu, tylko gdzieś w Alabamie i Luizjanie. Na porczu siadywał też John Wayne w westernach.
Takoż i ja - siedzę na moim porczu z nogami opartymi o słupek.
Popatruję w pejzaż.
Popijam jerbę.
Robię długie przerwy w... nicnierobieniu.
Ćwiczę w sobie ten stan ducha, który Latynosi określają jako "absolutamente nada para hacer - absolutnie nic do roboty".

 

Znali ten stan ducha także Ojcowie Pustyni. Wiedzieli, że aby coś sensownego wymyśleć, trzeba najpierw nauczyć się nie myśleć o niczym.
U białego człowieka wchodzenie w stan "absolutnie nic do roboty" i pozostawanie w nim przez czas dłuższy bez ciągłego zrywania się z miejsca, bo..."trzeba zamieść", "trzeba sprzątnąć", "trzeba się ruszyć", "trzeba zrobić cokolwiek, no bo przecież nie można tak siedzieć i nic nie robić", u białego człowieka błogie trwanie w nicnierobieniu wymaga ćwiczeń. I te ćwiczenia są na początku trudne podobnie, jak trudne są pierwsze dni każdego postu. Organizm domaga się realizacji swoich dotychczasowych przyzwyczajeń i rutyn - domaga się śniadania, domaga zamiatania, domaga rozmowy z kimkolwiek o czymkolwiek... A my siedzimy w ciszy, siorbiemy yerbę, gapimy się w przestrzeń, nie zwracamy uwagi na sarny, które znowu przyszły skubać nasze róże. Siedzimy szczęśliwi, że nic się dzisiaj nie wydarzy, a tu nagle zza horyzontu wyjeżdża żółty autobus szkolny. I z uporem, zmierza w naszą stronę, choć na rozstajach był znak, że to droga bez przejazdu prowadząca do prywatnej posesji, która kończy tę drogę.

 

Kurzy bus dojechał. Razem z nim potężny tuman kurzu. Kierowca otwiera drzwi i macha ręką. Wstaję. Podchodzę. Kierowca popędza: Dawaj Pan dzieciaka, bo się śpieszę. Nie wiedziałem, że tu do was taki kawał drogi. Jeszcze nigdy tu nie byłem. Myślałem, że tu nikt nie mieszka.
Pytam o jakiego dzieciaka chodzi? Kierowca zagląda w papiery i zawiesza się. A ja poznaję te zmarszczki, które nagle wylazły na jego czoło, poznaję te rozdziawione usta, które próbują ułożyć się zgodnie z dziwnym układem liter mojego imienia...
- Eeee... Łołłyy..czik?
Zaglądam mu w papiery. Hmm. Ktoś tam wpisał: Wojciech Cejrowski - nowy uczeń, rozpoczyna zajęcia w połowie roku, odebrać po raz pierwszy po przerwie bożonarodzeniowej.

 

Wsiadłem do tego autobusu. Kierowca trochę się bronił, że mu nie wolno wozić dorosłych, ale pokazałem mu moje dokumenty, a potem jego własną rozpiskę z wyraźnym wskazaniem, że ma odebrać nowego ucznia - Wojciecha Cejrowskiego.
W szkole okazało się, że wydrukowałem się na liście uczniów, ponieważ ktoś przeprawił moją datę urodzenia w urzędzie, gdzie opłacałem podatek ziemski. Najpierw ja sam wpisałem tę datę według polskiej kolejności, czyli dzień-miesiąc-rok, potem komuś się to nie zgadzało, bo Amerykanie piszą datę inaczej (miesiąc-dzień-rok). Urzędnik postanowił poprawić błąd na własną rękę. Poprawił i tak to wylądowałem w lokalnej podstawówce, do której zapisał mnie z automatu system komputerowy.
Wypisanie się ze szkoły było bardzo proste: złożyłem pisemne oświadczenie, że wolą moich rodziców jest bym pobierał nauki w domu. Tak zwany homeschooling, to w Ameryce jedna z równoprawnych opcji, dość popularna. Są specjalne podręczniki dla rodziców uczących swoje dzieci poza oficjalnym systemem szkolnym.
Zdziwiło Państwa, że jako uczeń sam siebie wypisałem ze szkoły? Pokazałem im prawo jazdy. Skoro wolno mi legalnie kupować tequilę, to tym bardziej wolno mi składać samodzielnie oświadczenia woli.

 

A jak wróciłem do domu? Najpierw kupiłem tequilę. Potem siadłem na przystanku szkolnym i poczekałem kilka godzin na mój autobus. Następnie kazałem się odwieźć na rancho. Kierowca wciąż miał poranną rozpiskę i nie wiedział, że już nie jestem uczniem. Na szczęście nie wiedział też co mam w plecaku, bo przewóz tequili szkolnym autobusem pełnym dzieci to sprawa kryminalna i dostalibyśmy obaj po kilka lat.


Wróciłem do siebie, usiadłem na porczu, oparłem nogi o słupek i napisałem ten tekst w czasie, gdy na horyzoncie wciąż jeszcze nie opadł kurz po kurzym busie. Wyglądał jak złote malowidło na czerwonym niebie. Wkrótce potem słońce zapadło za widnokrąg, a z ziemi zaczął wypełzać chłód. Mam tequilę - nie boję się chłodu - pisze Cejrowski.

 

JW/Cejrowski.com