Jerzy Jachowicz, skazany przez sąd za zniesławienie byłego esbeka, ujawnia szczegóły procesu, jaki przegrał przed sądem. Zaznacza, że sędzina która prowadziła proces dała wiarę słowom płk. Bieszyńskiego, że komentarz redaktora Jachowicza o jego misji w Chicago, mającej zablokować przekazanie Mazura Polsce, jest dla niego przeszkodą w uzyskaniu zatrudnienia zgodnego z jego wykształceniem. Jednak sąd nie był zainteresowany, jaką to pracą zainteresowany był esbek. Jak informuje Jachowicz odszedł on z ABW w lipcu 2005 roku. Było to związane z bezprawnym zatrzymaniem prezesa Orlenu, Andrzeja Modrzejewskiego, w którym brał udział Bieszyński. Jednak zdaniem sądu, to tekst Jachowicza a nie udział w tej akcji był przeszkodą dla Bieszyńskiego.
Zasłanianie się przez Bieszyńskiego problemami zawodowymi brzmi jak kpina. Bowiem – jak przypomina Jachowicz – esbek skończył studia prawnicze i w 1982 roku rozpoczął karierę w SB. Potem nieprzerwanie do 2005 roku pracował w tajnych służbach. Gdzie taka osoba miałaby szukać pracy? Jaki ma zawód? To nie interesowało sędziny.
Jerzy Jachowicz przypomina również kulisy wyprawy Bieszyńskiego do Stanów Zjednoczonych. Walczył on o zablokowanie ekstradycji Edwarda Mazura, który był podejrzany o zlecenie zabójstwa gen. Marka Papały. Jak się okazuje Bieszński, jako szef Zarządu Śledczego ABW, kierował śledztwem ws. zabójstwa szefa policji. Oskarżony o zlecenie tej zbrodni, jak podawały media, był z kolei w PRL agentem płk. Bieszyńskiego. - Czy na początku lat 90. ktoś wyobrażał sobie, że były funkcjonariusz SB będzie w nowej demokratycznej Polsce kierował śledztwem, w którym o zbrodnię podejrzewany jest jego były agent? - pyta Jachowicz. I kończy retorycznym pytaniem: czy można się dziwić, że płk. Bieszyński pojechałby na koniec świata, żeby bronić swego byłego agenta?
żar/Wpolityce.pl

