- Kiedy po raz pierwszy weszliśmy do Kościoła, wiedzieliśmy od razu, że to miejsce, w którym powinniśmy być, i w którym byliśmy od zawsze. Kiedy dowiedziałam się więcej o wierze i Eucharystii, odkryłam, że to jest właśnie to, czego nam tak bardzo brakowało przez całe życie - wyznaje Johnson.
Kobieta odeszła z Planned Parenthood po ośmiu latach pracy jako dyrektor kliniki aborcyjnej w Teksasie. Decyzję taką podjęła po tym, jak przypadkowo pomagała w badaniu USG podczas aborcji. Doświadczenia te Johnson opisuje w swojej niedawno wydanej książce "UnPlanned".
- Byłam pewna, że płód nie czuje bólu. Miałam tego pewność, nauczona, tak jak wiele innych kobiet, przez Planned Parenthood - opowiada Johnson. - Kolejny ruch dziecka był nagłym szarpnięciem, ono zaczęło kopać, zupełnie tak, jakby chciało uciec od narzędzia abortera. Zaczęło się intensywnie poruszać i obracać. Doktor polecił pielęgniarce, by ta włączyła ssanie - kontynuuje.
- Miałam ogromną potrzebę, żeby krzyknąć "stop!" - wyznaje Johnson. Roztrzęsiona kobieta wróciła do domu, a za kilka dni dołączyła do modlących się pod kliniką grup pro life.
Johnsosn jest w trakcie procesu o unieważnienie małżeństwa z mężczyzną, z którym była, kiedy dokonała zabiegu aborcji. Ma to umożliwić jej i jej obecnemu mężowi wejście do Kościoła katolickiego. - Jesteśmy na to przygotowani, czekamy tylko, kiedy będzie to możliwe - przyznaje kobieta.
eMBe/Catholic-sf.org
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

