Kilkanaście dni temu "Super Express" informował, że rzecznik rządu Donalda Tuska oszukał prokuraturę. „Sprawa zaczęła się w sierpniu 2009 roku. CBA sprawdziło wtedy oświadczenia majątkowe Grasia za lata 2004-2009. W dokumentach sejmowych polityk PO informował, że jest członkiem zarządu spółki Agemark w Zabierzowie. Z kolei w dokumencie złożonym premierowi w listopadzie 2007 roku napisał, że w momencie objęcia funkcji sekretarza stanu złożył rezygnację ze stanowiska członka zarządu firmy Agemark. CBA od razu zauważyło te rozbieżności.
Funkcjonariusze zawiadomili prokuraturę, że Graś naruszył ustawę antykorupcyjną, która zakazuje łączenia stanowiska sekretarza stanu z funkcją członka zarządu spółki prawa handlowego. Według funkcjonariuszy dowodem na złamanie prawa miały być dokumenty spółki, które Graś podpisał, piastując już funkcję rzecznika rządu. Jednak podczas przesłuchania polityk PO przekonywał śledczych, że od czasu powołania go na stanowisko sekretarza stanu nie podpisywał żadnych dokumentów niemieckiej spółki, nie uczestniczył też w jej zebraniach” - informował SE. „Prokuratura w Warszawie umorzyła sprawę naruszenia ustawy antykorupcyjnej. Stwierdziła jednak, że zachodzi podejrzenie podrobienia podpisów Grasia na dokumentach firmy Agemark z lat 2007-2009. Sprawą rzekomego fałszerstwa zajęli się śledczy z Krakowa. Po bardzo szczegółowej analizie dwóch biegłych stwierdziło jednoznacznie, że autorem podpisów na tych dokumentach jest... Paweł Graś” - informowała gazeta. Teraz sprawa ma ciąg dalszy.
RMF Fm ustaliło, że żona Pawła Grasia przyznała się w prokuraturze do podrobienia podpisów męża pod dokumentami spółki, którą razem zarządzali. Jednak śledczy umorzył sprawę, bo biegły grafolog jednoznacznie stwierdził, że podpisy należą do Pawła Grasia. Zdaniem śledczych fałszowania być więc nie mogło. Według informacji RMF FM sam Graś zeznał w prokuraturze przy okazji innej sprawy, że nie wie, czy podpisy są jego, czy też nie. Miał podkreślić, że wyglądają podobnie jak jego podpisy. Oznacza to, że śledczy nie mogli mu zarzucić składania fałszywych zeznań czy utrudniania śledztwa. Obie sprawy zostały więc umorzone.
Sprawa Grasia wygląda naprawdę kuriozalnie. Jednak patrząc na powoli tonącą ekipę Tuska, nie jest to jakiś specjalnie bulwersujący wyskok prominentnego polityka tej ekipy. Sprawa jednak jest na tyle niejasna i toksyczna, że w normalnym kraju Graś podałby się po prostu do dymisji. Jeżeli by tego nie zrobił, to zostałby odwołany przez premiera. Przykładem dla Tuska powinna być dymisja niemieckiego prezydenta sprzed paru dni. Christian Wulff, który jeszcze jako premierem landu Dolnej Saksonii w 2007 r. spędził on urlop w luksusowym hotelu na wyspie Sylt na zaproszenie producenta filmowego Davida Groenewolda. Land Dolna Saksonia przyznał Groenewoldowi poręczenia kredytowe, z których ten potem jednak nie skorzystał. Następnie media rozpisywały się o znajomościach prezydenta z zamożnymi biznesmenami. Media sugerowały, że Wulff chętnie korzystał z zaproszeń do posiadłości zamożnych przedsiębiorców, oferowanych mu rabatów na samochody czy darmowych biletów lotniczych. Prezydent utrzymuje, że nie jest niczemu winien. Jednak zdecydował się na dymisję. Szkoda, że ekipa Tuska nie naśladuje Niemców w takich kwestiach jak przejrzystość i uczciwość polityków.
Ł.A/RMF.fm/Super Ekspress/gazeta.pl

