Rosyjski dysydent podkreśla, że wszelkie informacje o katastrofie pod Smoleńskiem czerpiemy z mediów. - Możemy tylko obserwować to, co się dzieje, i wyciągać wnioski. Dla mnie wiele rzeczy w całej sprawie jest niejasnych – stwierdza w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
Co to za niejasności? - Niejasne jest to, że wiele osób nie czeka na wyniki śledztwa, już wie, co się stało – wskazuje Bukowski i dodaje, że od razu po wypadku rosyjska strona obwiniała polskich pilotów i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który miał na nich naciskać. Gdy rzucano te oskarżenia, nie odnaleziono jeszcze czarnych skrzynek, a co dopiero mówić o ich badaniu.
Z budowaniem scenariusza tego, co się stało 10 kwietnia należy, zdaniem Bukowskiego jeszcze poczekać. - Na razie to właśnie od strony rosyjskiej pochodzą wszelkie informacje. Dziwię się, że wielu Polaków to bezrefleksyjnie powtarza – powiedział mieszkający w Londynie pisarz, w czasach ZSRS dysydent i więzień polityczny.
Szlachetna, ale naiwna wizja pojednania
Bukowski mówi też o teoriach spiskowych, które się pojawiają. - Mamy do czynienia z reżymem opartym na bardzo nieprzyjemnych ludziach wywodzących się z sowieckich służb specjalnych, co zapewne rodzi podobne spekulacje – twierdzi. - Żeby jednak twierdzić takie rzeczy, trzeba mieć żelazne dowody – tłumaczy. Dlatego apeluje o cierpliwość i baczne obserwowanie tego, co się dzieje.
Powołuje się też na analizę byłego szefa lotnisko Moskwa-Wnukowo. Według niej wieża mogła nie zdawać sobie sprawy z tego, że mgła jest tak gęsta. - Smoleńskie lotnisko jest obecnie przekształcane z wojskowego na cywilne, a to tylko powiększa panujący tam bałagan. Wieża mogła więc na przykład podać złe współrzędne, źle pokierować pilotów – analizuje autor "Partyzanta prawdy".
Bukowski mówi też, że nie rozumiał po, co prezydent Kaczyński leci do Katynia. - To, że kilka dni wcześniej był tam spolegliwy wobec Kremla Tusk, nie dziwiło mnie, ale Kaczyński... - zastanawiał się. I Rosjanin wylicza powody, dla których tragicznie zmarłego prezydenta nie powinno tam być.
- Kreml nie przeprosił za masakrę waszych oficerów i, co ważniejsze, nie przekazał wam dokumentów z postsowieckich archiwów dotyczących zbrodni katyńskiej, na których tak bardzo wam zależy. Nie ujawnił nazwisk winnych masakry, nie chce wznowić śledztwa – tłumaczy pisarz.
Liczą się czyny nie gesty
Jasno podkreśla też, że przemówienie premiera Putina z 7 kwietnia nie jest żadnym przełomem. - Ogólna myśl była jednak taka, że wszystkich nas mordowali (nie wiadomo kto), że wszyscy byliśmy ofiarami, więc teraz już właściwie nie ma już o co się spierać – streszcza Bukowski.
Podobnie ocenia zachowanie rosyjskich władz po katastrofie. Wskazuje, zdaniem Bukowskiego, na to, że Rosjanie robią to co muszą, Putin postępuje według protokołu. - Problemy w relacjach obu państw, rozbieżne interesy, pozostaną. Rosja Putina uważa Polskę za część swojej strefy wpływów. Strefy utraconej, ale którą warto byłoby odzyskać. To stały, żelazny kierunek polityki tego reżymu – tłumaczy. - To stały, żelazny kierunek polityki tego reżymu. To, że na rosyjskim terytorium zginęło stu Polaków, tego kierunku nie zmieni – prognozuje.
- Władcom Kremla może być przykro, mogą czuć się nieswojo, bo przecież cały świat – choć nie mówi tego głośno – podejrzewa, że maczali w tym palce. Może więc teraz będą dla Polaków mili. Może powstrzymają się przez jakiś czas od agresywnych stwierdzeń i gestów wobec Polski. Niech Polacy nie dadzą się jednak zwieść. Liczą się czyny, a nie gesty - stwierdza.
I co wyraźnie podkreśla Bukowski, od zachowania władz należy wyraźnie rozróżniać zachowanie zwykłych Rosjan, którzy "zachowali się wspaniale". Co, jego zdaniem, nie jest zaskoczeniem, bo zwykli Rosjanie darzyli Polaków sympatią. Pozytywnym skutkiem 10 kwietnia, według niego, będzie to, że "kłamstwo katyńskie już w Rosji nie przejdzie".
mm/Rzeczpospolita
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

