Sojusz Lewicy Demokratycznej to postkomuniści, a nie lewica. Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że nigdy więcej nie będzie mówił o postkomunistach, a jedynie o lewicy, była obliczona na krótki efekt polityczny. Przecież dysponujemy świeżymi dowodami na zaagażowanie Napieralskiego w obronę rzekomego dorobku PRL, generała Jaruzelskiego, czy ataku na IPN.
Liberałowie, nie lewicowcy
Z doniesień medialnych wynika, że dwa postulaty kierowane w stronę Platformy, za poparcie których Bronisław Komorowski miałby otrzymać poparcie Grzegorza Napieralskiego w II turze, to parytety dla kobiet na listach wyborczych i dopuszczalność in vitro. Pierwszy z nich to typowy temat zastępczy zachodniej socjaldemokracji, która w ubiegłych latach całkowicie odsunęła się od kwestii socjalnych. Kompletnie skapitulowała przed – w niektórych aspektach słuszną – krytyką ze strony neoliberalizmu z lat 70-tych XX wieku. Zaś kwestia in vitro – którą skąd inąd popieram – nie jest tematem specyficznie lewicowym, ale liberalnym.
Z drugiej strony, nie znam postulatów SLD przykładowo odnośnie podatków. W problematyce poruszanej przez Sojusz nie ma kwestii socjalnych. A jednocześnie Grzegorz Napieralski jest jeszcze bardziej postkomunistyczny od swoich starszych kolegów. W jego wypowiedziach pojawiają się postulaty istotne dla wciąż zmniejszającego się środowiska, takie jak emerytury dla pracowników SB, obrona generała Jaruzelskiego, czy atak na IPN. Na te sprawy kładzie wręcz większy nacisk niż inni członkowie SLD. Nie ma znaczenia, że jest od nich młodszy.
Dlatego to, co powiedział Jarosław Kaczyński, było dla mnie co najmniej dziwne. Wszyscy pamiętamy, jak gen. Jaruzelski mówił, że jako człowiek lewicy popiera w I turze Grzegorza Napieralskiego, a w II Bronisława Komorowskiego. Czy dla Jarosława Kaczyńskiego gen. Jaruzelski także jest człowiekiem lewicy?
PiS musi wrócić do korzeni
Nazwanie postkomunistów lewicowcami Kaczyńskiemu sukcesu nie przyniesie. Dobry wynik wyborczy Napieralskiego nie wynika z silnej reprezentacji wśród jego elektoratu postkomunistycznych wyborców, ale ze zniesmaczenia dwoma głównymi kandydatami. Dużej części z nich Kaczyński nie przekona bez względu na to, co będzie mówił.
Martwi mnie fakt, iż od dłuższego czasu niknie projekt polityczny, który chciał połączyć lewicową wrażliwość z pewnym konserwatyzmem. Być może ta gra jest na krótką metę nawet korzystna, ale to powoduje, że na polskiej scenie politycznej zanika pluralizm. Zresztą to powrót na ścieżkę tożsamości PiS, podjęcie próby zainicjowania nowego początku, mógłby pomóc Kaczyńskiemu zawalczyć o tych wyborców Napieralskiego, którzy byliby skłonni na niego zagłosować. Podobnie, jak wyborcy Pawlaka, choć ich jest zdecydowanie mniej. Rządy Kaczyńskiego pokazały, że nie był całkowicie przywiązany do hasła Polski solidarnej. Kaczyński powinien do niego wrócić, odwołać się do argumentów socjalnych, które pierwotnie cechowały jego wypowiedzi. Podkreślić pewien egalitaryzm. To mogłoby być skuteczne rozwiązanie.
Nie neguję, że częścią owej wypływającej z korzeni PiS zmiany mogłoby być odejście od radykalnego antykomunizmu, jaki cechował początkowo Jarosława Kaczyńskiego. Pomysły odebrania stopnia generalskiego Wojciechowi Jaruzelskiemu, czy delegalizacji SLD były po prostu chore. Ale perspektywa całkowitego odejścia od sprzeciwu wobec postkomunizmu mnie martwi.
prof. Ryszard Bugaj
not. sks
Ryszard Bugaj jest ekonomistą. Był działaczem opozycji demokratycznej, założycielem Unii Pracy i doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

