Minister Jacek Rostowski, w celu walki z długiem publicznym (czyli de facto naprawiania błędów własnych i poprzedników) postanowił nie tylko podwyższyć VAT, ale także zlikwidować m.in. ulgi na dzieci, czy też możliwość odliczania części kosztów uzyskania przychodu przez naukowców czy artystów. W sukurs fiskusowi idzie także minister Fedak, która chce, by dziurę budżetową załatały pieniądze z naszych przyszłych emerytur (OFE).

Dziel i rządź

Te pomysły mają dwie cechy: pazerność i tymczasowość. Rzekomo liberalny gospodarczo rząd postanowił zabrać podatnikom więcej pieniędzy, niż do tej pory płacą na utrzymanie państwa, zamiast wykorzystać trudną sytuację ekonomiczną do przeprowadzenia rzetelnej reformy finansów publicznych, polegającą przede wszystkim na odchudzeniu rozpasanych wydatków. Jest to z polityczno-wyborczego punktu widzenia sprytny sposób, gdyż nie uderzający we wszystkich obywateli en bloc (np. poprzez podwyżkę stóp podatkowych), czy też w duże i silne grupy społeczne, jednocześnie związane z jednym z koalicjantów (objęcie rolników podatkiem dochodowym) – w zamian odbierający mniej licznym (artyści, dziennikarze), bądź nie grożącym rozróbami pod sejmem (rodzice) ulgi i przywileje.

Z czysto teoretycznego punktu widzenia to działanie słuszne. Przedstawiciele każdego zawodu mogą znaleźć dobry powód, dla którego powinni płacić podatki niższe niż pracownicy innych branż (a do tego sprowadza się, było, nie było, przywilej możliwości odliczania części kosztów uzyskania przychodu). Dlatego też nie przyłączam się do argumentów części moich kolegów po fachu, którzy uważają, że zawód dziennikarza jest na tyle niezwykły, że predystynuje nas do korzystania z tego rodzaju ulgi. Jednak równość wobec prawa, także w zakresie opodatkowania, to tylko jedna z cech dobrego systemu podatkowego.

"Liniowy" tylnymi drzwiami

Platforma Obywatelska okrężną drogą i nie do końca własnymi rękami, częściowo zrealizuje swój niegdysiejszy postulat, mianowicie wprowadzenie podatku liniowego w wysokości 15 proc. Dziś, gdy mamy dwie stopy podatku dochodowego od osób fizycznych (18 i 32 proc. - przegłosowane w ubiegłej kadencji) i liniowy podatek od osób prawnych (19 proc.), zaś wyższą stawkę płacą jedynie zupełnie najbogatsi, mamy do czynienia de facto z liniowym podatkiem dochodowym. Uwzględniając oczywiście ulgi, które w naszym systemie podatkowym występują, i kwotę wolną od podatku.

I jeśli ktoś jest doktrynerem podatku liniowego, nie uwzględniającym tego, że dobre podatki powinny być także jak najniższe, a nie tylko jak najprostsze i jak najrówniej rozłożone na barki obywateli, to rzeczywiście ma się z czego cieszyć. Zwłaszcza, że politycy mogą zakrywać się tym, że stoimy na krawędzi zapaści budżetu i że wszyscy musimy ponosić wyrzeczenia, by jej uniknąć, zaś zasada zbytniego nieobciążania obywateli ciężarem danin, jako rzekomo "ideologiczna", powinna być ignorowana.

Jutro będzie futro

I tu pojawia się druga cecha "reform", czyli ich zakładana tymczasowość. Krótko mówiąc, rząd, zamiast likwidować bezsensowne miejsca pracy w administracji, czy zmieniać prawo w kierunku ułatwienia przedsiębiorcom działalności gospodarczej, co przyniosłoby dodatkowe wpływy do budżetu (być może odejście z PO impotentnego w tym zakresie szefa komisji "Przyjazne Państwo", Janusza Palikota, mogłoby być dobrym pretekstem do zamiany go na kogoś bardziej kompetentnego), woli ponownie sięgnąć do naszych kieszeni. Politycy koalicji zapowiadają, że chcą przywrócić ulgi, gdy problem rosnącego zadłużenia zniknie – czyli za ok. 3 lata. Doskonale wiedzą, że będziemy wtedy w trakcie kolejnej kadencji sejmu, w której u sterów zasiadać będą już nie politycy PO-PSL, ale zupełnie innej koalicji. A nawet jeśli obecna ekipa przetrwa wybory w 2011 roku (co jest swoją drogą bardzo prawdopodobne), to i tak ludzie o zapowiedziach przywrócenia ulg do tego czasu najzwyczajniej w świecie zapomną.

I tak dryfujemy sobie spokojnie w kierunku zapaści finansów publicznych. Prof. Krzysztof Rybiński twierdzi, że do 2013 roku dług publiczny wzrośnie o "dwa Gierki". Jak widać, rząd, jak w głupim kawale o "zupie na winie", stara się upichcić nam w budżetowym kociołku właśnie taką strawę. Starając się zapełnić go tym, co się akurat nawinie. Niezbyt perspektywiczna i bardzo ciężkostrawna to strategia.

Stefan Sękowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »