Spodziewałam się, że po publikacji artykułu „Łysi neonaziści – jedyna alternatywa dla marszu dewiantów” posypią się na mnie gromy ze strony osób, które ośmieliłam się skrytykować. Nie spodziewałam się jedynie skali chamstwa, jakiej sięgnęła ta polemika. Widać, środowisku narodowców, choć w tym momencie trudno to słowo przechodzi mi przez gardło, bo swoich zachowaniem ci ludzie pokazują jedynie to, jak daleko do prawdziwych narodowców im jest. Ja byłam dla nich przydatna dopóty, dopóki ich broniłam i przedstawiałam w artykułach w dobrym świetle (nawet jeśli zasługiwali na kilka gorzkich słów, jak na przykład po Marszu Niepodległości 11.11.11). Teraz widzę, że w środowisku tym nie ma najmniejszej szansy na konstruktywną krytykę, bo każda uwaga, nawet jeśli dyktowana chęcią zwrócenia uwagi na jakieś błędy, odbierana jest jako zdrada, albo przejaw agenturalnej współpracy.
Po opublikowaniu artykułu w piątek po południu odcięłam się praktycznie całkowicie od internetu – poza najpilniejszymi sprawami nie mam zwyczaju korzystać z tego medium w weekendy. Docierały do mnie jedynie drogą sms'ową sygnały, że tekst wywołał gorące emocje w środowisku, którego dotyczył. Przyznam szczerze, że z tym się liczyłam i oczekiwałam nawet, że będzie on przyczynkiem do dyskusji na temat tego, co warto zmienić, by zacząć osiągać lepsze efekty. Niestety, zamiast tego na portalu narodowcy.net ukazał się w sobotę paszkwil anonimowego autora (sic!) z wycieczkami personalnymi mod moim adresem, zamiast argumentów. To niestety chyba stała metoda działania tego środowiska, bo także na portalu nacjonalista.pl tego samego dnia ukazał się tekst (trudno nazwać go artykułem), chowającego się pod pseudonimem tchórza, który obsypał mnie stekiem inwektyw. Nie będę odpowiadać na publikacje, których jedynym celem było nazwanie mnie „blondynką”, „panienką”, „dziewczęciem”, a medium, w którym pracuję „reżimowym”, „które dostaje taką samą kasę jak Krytyka Polityczna”. Żeby móc polemizować, trzeba mieć z czym, a ze stekiem bzdur pisanych pod pseudonimem (podkreślam, że ja zawsze pisałam z otwartą przyłbicą, nie chowając się za nic nie mówiącymi inicjałami) dyskutować nie będę.
Chciałam natomiast odpowiedzieć na konstruktywną dyskusję, jaką po moim tekście podjął Robert Winnicki, szef Młodzieży Wszechpolskiej, ale po tym, co przeczytałam wczoraj wieczorem widzę, że to chyba nie ma sensu. Oczywiście, Winnicki zawarł w swoim artykule szereg logicznych argumentów, z którymi warto dyskutować, natomiast mam poczucie, że ta dyskusja do niczego nie prowadzi. Dlaczego? A jak podejmować dyskusję z ludźmi, którzy za kilka słów krytyki nazywają cię „sprzedajną k***ą”, „zdrajcą” i nawołują do ogolenia ci głowy?
W piątek wieczorem, na facebookowym profilu szefa Mazowieckiej Brygady ONR Jana Sapijaszko pojawił się link do tekstu z portalu Fronda.pl opatrzony przez niego następującym komentarzem: „Głupich kurew nie brakuje, albo sprzedajnych. J... frondę!!! Ciekawe czy etacik już jest w GW”. Pod linkiem szybko posypały się komentarze osób, które mienią się „narodowcami”. Wszystkie bardzo dobrze pokazują, jakimi ludźmi są dziś narodowcy, ale dwa z nich sprawiły, że moje dobre imię i poczucie bezpieczeństwa w rażący sposób zostały narażone. Posługująca się pseudonimem (sic!) Paulina Bolonis skwitowała, że „takim kobietom w czasie okupacji obcinano włosy”, natomiast szef Mazowieckiej Brygady ONR dodał „Ś.W.O”, co oznacza ni mniej, ni więcej, co „Śmierć Wrogom Ojczyzny”. Nie mam wątpliwości, co do tego, że pisanie takich komentarzy, zwłaszcza w tak napiętej sytuacji, jest jak nawoływanie do zrobienia mi krzywdy, na co nie pozwolę (jestem obecnie na etapie podejmowania odpowiednich kroków prawnych, aby osoby publicznie podżegające do przestępstwa poniosły za to surową karę).
Po tym, co przeczytałam, odeszła mi ochota na jakąkolwiek odpowiedź Robertowi Winnickiemu, choć wiem, że akurat jemu ona się należy.
Robercie, mam nadzieję, że po przeczytaniu tych komentarzy rozumiesz, że dalsza polemika z mojej strony jest nie tyle niemożliwa, co zwyczajnie, ze względu na skutki, nie ma sensu. Absurdalna awantura zasadza się na całkowitym niezrozumieniu tekstu, także z Twojej strony. Nigdzie nie napisałam, że WSZYSCY działacze MW, czy nawet ONR, to „łysi neonaziści”, bo to byłoby oczywistą nieprawdą, nawet z tego względu, że kwantyfikatory wielkie są po prostu nieprawdziwe. Napisałam, że takie osoby pojawiają się na manifestacjach MW i ONR (i temu nikt nie zaprzeczy), a swoją obecnością i zachowaniem rzutują na obraz całego środowiska. I oczywiście, jest tak jak piszesz Robercie, zajęłam się marginesem marginesu, ale ten margines niestety istnieje i rażąco szkodzi reszcie. I tego stanowiska nie zmienię, bo musiałabym się zaprzeć sama siebie. A jeżeli Ty i reszta środowiska nie chcecie się ze mną zgodzić, to znaczy, że dalej chcecie wmawiać ludziom, że czarne jest białe. Ja już się pod tym podpisywać nie zamierzam.
Wiele razy na portalu Fronda.pl (i w innych prawicowych mediach) pisałam o podejmowanych przez MW akcjach. Zawsze starałam się bronić patriotyczno-narodowych inicjatyw, chociaż czasem należało się im kilka słów krytyki. Zwykle nie robiłam tego, gdyż środowisku związanemu z MW czy ONR zwykle obrywa się od mainstreamowych mediów, a ja zawsze byłam żywo zaangażowana w inicjatywy typu Marsz Niepodległości. - Na nic te wysiłki. Cóż tego, że Marta Brzezińska wielokrotnie stawała w obronie narodowców, co z tego, że zaangażowała się w promocję Marszu Niepodległości i nie zrezygnowała z jego pochwał, również po 11 listopada... Dla wielu narodowców już została, podobnie jak cała Fronda, ekspozyturą Izraela, Waszyngtonu i Bóg jeden raczy wiedzieć, kogo jeszcze – zauważył wczoraj na portalu Fronda.pl Aleksander Majewski.
Niestety, agresywna reakcja środowisk narodowych pokazuje, że kiedy zaczyna się skrajny radykalizm wyłącza się myślenie. Każdy, kto ośmieli się podjąć choćby najmniejszą krytykę, staje się w jednej chwili (bez względu na wszystkie swoje wcześniejsze zasługi) zdrajcą, k... i agentem. Każdy, kto tylko ośmieli się mieć własne zdanie, kto nie będzie ślepo chwalił wszystkich ich metod działania. Nie wiem, być może środowiska te muszą funkcjonować w poczuciu istnienia otaczającego ich z każdej strony wroga, nawet jeśli sprowadza się to do szukania wroga po tej samej stronie barykady. Dlatego tym bardziej bolą mnie komentarze i reakcja „narodowców”, że ja nie jestem żadnym wrogiem, żadną agentką i kimś po drugiej stronie – mamy w miarę podobny światopogląd, ale kompletnie nie zgadzamy się ze sobą, jeśli chodzi o metody działania. I takiej zgody z mojej strony nigdy nie będzie – nigdy nie będę popierała bojowych rozwiązań (czyt. chuliganerki), ani dawała aprobaty na hasła typu „Pedały do gazu”. Owszem, mogę sprzeciwiać się homoseksualnemu lobby, ale nie będę zniżała się prymitywnego poziomu jakiejś ulicznej wojenki. To tym bardziej smutne, że środowisko narodowe dostaje "po tyłku" z każdej strony, a swoją reakcją odcina sobie nić porozumienia z tymi, którzy są do nich przecież przyjaźnie nastawieni. Niestety, im bardziej chamska i wulgarna reakcja przedstawicieli tego środowiska, tym bardziej przekonuje się, że miałam rację w swoim tekście. "Narodowcy" po prostu sami wystawili sobie świadectwo, którego nawet nie mają już w jaki sposób bronić.
Jeszcze jedno – w komentarzach do mojego tekstu zaczęły się pojawiać osobiste wątki, jakoby artykuł „Łysi neonaziści...” miał mieć charakter osobistej zemsty, świadczącej o mojej małości. Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi o tym pisać publicznie, ale skoro wymaga tego sytuacja... - owszem, przez kilkanaście miesięcy byłam członkiem jednej z warszawskich grup rekonstrukcji historycznych. Byłam, bo od ponad miesiąca już nie jestem – zrezygnowałam sama z przyczyn osobistych, z których nie muszę się nikomu tłumaczyć. To, że opublikowanie artykułu „Łysi neonaziści...” w jakiś sposób zbiegło się w czasie z decyzją o moim odejściu jest całkowitym przypadkiem. Starałam się raczej, by tekst pojawił się w takim, a nie innym czasie, ponieważ za kilka dni przejdzie Marsz Równości, a obok niego blokada organizowana przez MW z dużym udziałem ONR. Posądzanie mnie o kierowanie się jakimiś osobistymi względami jest całkowitym absurdem.
Robert Winnicki w swojej polemice pisze, że blokady tak właśnie muszą wyglądać, że działacze MW i ONR są „na wojnie”, więc w związku z tym używają stosowanych w takiej sytuacji metod, a jedyną szansą na powstrzymanie fali lewactwa i homoseksualnych dewiantów jest agresja i przemoc. Ja się pytam, jaka agresja? Jaka przemoc?! Winnicki powołuje się na książkę Miłosza Sosnowskiego „Krew i Honor. Działalność bojówkarska ONR w Warszawie w latach 1934-1939”. Ok, świetnie, tylko co za tym idzie? Piszesz Robercie, że musicie tak wyglądać, że nie będziecie chodzić w „grzecznych” ubrankach i okularkach i co? Samym groźnym wyglądem chcecie odstraszyć lewaków?! Skoro piszesz o takiej wojnie, to dlaczego do tej pory nikt nie zrobił porządku na przykład z Krytyką Polityczną? Przecież książka, na którą się powołujesz, opisuje rozmaite akcje bojowe, jakie robił przedwojenny ONR? Dlaczego do tej pory ani razu nie udało wam się zablokować marszu homoseksualistów? Raczej to lewacy, choć jest ich mniej, zawsze skutecznie blokują Was, do tego stopnia, że potężny, kilkudziesięciotysięczny Marsz Niepodległości musi zmieniać swoją trasę, padając niemal na kolana przed niewielką w stosunku do niego blokadą Antify. [Chyba muszę pisać w nawiasach interpretacje do moich tekstów, bo w innym przypadku grozi to rażącym niezrozumieniem, więc dodam, że bynajmniej nie mam tu na myśli wzywania do bojowych rozwiązań, to nie jest sposób, który uważam za godny i skuteczny. I jak widać także na podstawie działań MW czy ONR, nie przynosi on żadnych skutków, a jedynie szkody (inna sprawa, że takie bojowe rozwiązania pozostają jedynie w sferze ich pobożnych życzeń)].
Na koniec chciałam wszystkich zapewnić, że wciąż jestem redaktorką portalu Fronda.pl i mam się tutaj dobrze. Gazeta Wyborcza ani Krytyka Polityczna nie złożyły mi propozycji pracy. Fronda.pl („reżimowe medium”) nie otrzymuje także dotacji z budżetu państwa, więc nie jesteśmy żadną „V kolumną”. Piszemy prawdę, bo „jedynie prawda jest ciekawa”, jak pisał J. Mackiewicza. Jak widać, dla tych, którzy tak często na Mackiewicza się powołują, niewygodna prawda przestaje być ciekawa, a staje się przyczyną agresji, chamstwa i wulgarności. I to są ludzie, którzy mienią się „patriotami”....
Marta Brzezińska
Ps. W tym miejscu chciałam także podziękować Czytelnikom portalu Fronda.pl oraz jego Redaktorom (zwłaszcza Tomaszowi Terlikowskiemu, Aleksandrowi Majewskiemu i Łukaszowi Adamskiemu), a także moim Przyjaciołom i Marcinowi za wszystkie wyrazy wsparcia i gesty solidarności ze mną.

