Para chrześcijan z nadreńskiego Salzkotten ma czwórkę dzieci, które uczęszczają do katolickiej szkoły podstawowej. Już w 2006 roku nie zgodzili się, by ich pociechy uczestniczyły w lekcjach wychowania seksualnego. Pod postacią sztuki teatralnej „Moje ciało należy do mnie” uczono dzieci obrony przed pedofilami. Wątpliwość rodziców budziła także zabawa, jakiej nauczyły się dzieci, a która polegała na rozpoznawaniu, kiedy dotyk obcej osoby jest przyjemny, a kiedy „robi krzywdę” – czytam w dzisiejszym wydaniu "Rzeczpospolitej".
– Nie podzielamy ateistycznej ideologii tego projektu. Chcemy nauczyć nasze dzieci moralności seksualnej opartej na Biblii. Nauczyciele wmawiają dzieciom, że kiedy seks jest przyjemny, nawet z dorosłym, to nie ma w tym niczego złego – mówiła Irene Wiens.
Wychowanie seksualne jest w Niemczech obowiązkowe od 1968 roku. Chcąc być w zgodzie z prawem, szkoła złożyła na rodziców skargę do sądu. Ten najpierw przyznał im karę pieniężną, a kiedy jej nie zapłacili, do aresztu na 43 dni trafiła matka dzieci. Dołączyła do męża, którego uwięziono już wcześniej. Suma wciąż wzrasta, a małżeństwo czekają kolejne „wizyty” za kratkami, jeśli nie spłacą długu.
Absurd goni absurd. Rodziców coraz częściej pozbawia się ich naturalnych praw do własnego dziecka, i to działając pod egidą prawa (sic!). Tylko wątpliwość budzi to prawo, które miast bronić wolności i praw człowieka, w prostacki sposób je ogranicza.
Rodzice coraz częściej nie mogą wychować swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Nie mogą im przekazywać wiary, bo to niepoprawne politycznie. Nie mogą uczyć, co dobre, a co złe, kiedy to nie wkomponowuje się w uznawany przez większość (czy może raczej mniejszość o większej sile przebicia?) system wartości. Wystarczy choćby wspomnieć sprawę sprzed kilku dni, kiedy to brytyjskiemu małżeństwu Eunice i Owenowi Johnsom nie pozwolono adoptować dziecka tylko dlatego, że nie kryli swojej dezaprobaty dla homoseksualizmu. Takich przypadków można by mnożyć w nieskończoność.
Dochodzimy do jakiegoś krytycznego punktu, w którym państwo, w imię jakiejś bliżej nieokreślonej, nie wiedzieć z czym zgodnej poprawności, będzie nam dyktować, jak wychowywać własne dzieci. Dzieci, które od najmłodszych lat mają być karmione papką tolerancji dla wszelkich wynaturzeń, które jeszcze zanim porządnie nauczą się mówić, już mają wpajane do głów, czym jest seks i jak się masturbować.
Potem się biedni urzędnicy dziwią, że pełno nastolatek w ciąży, samotnych matek, że podziemie aborcyjne (kolejny ukuty medialnie slogan) rozrasta się w zastraszającym tempie. A czemu się dziwić, kiedy sami tworzą absurdalny świat z absurdalnymi prawami? Ciekawa jestem, czy któryś z niemieckich mądrali choć przez chwilę pomyślał, kto zajmie się tą czwórką dzieci, podczas kiedy ich rodzice będą odsiadywać za kratkami, ponieważ chcieli, by ich dzieci rozwijały się prawidłowo. Bo nie chcieli przyspieszać w ich życiu pewnych etapów, na które i tak przyjdzie czas?
Bo wszystko ma swój czas… I oby przyszedł także kres absurdalnym prawom…
Marta Brzezińska
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
