O takim kuriozalnym przypadku informuje dziś Fox News. Amerykański sąd apelacyjny uznał, że 8-letniej Brynn Beeler, poczętej w wyniku in vitro i urodzonej dwa(!) lata po śmierci ojca, nie przysługuje prawo do renty. Matka dziewczynki procesuje się z sądem, który najpierw przyznał dziecku 150 tys. dolarów renty, a potem uznał, że nie przysługuje jej prawo do zasiłku.
Ustawodawstwo stanu Iowa przyznawało prawo dziedziczenia i prawa socjalne dzieciom poczętym przed śmiercią rodzica, ale urodzonym już po jego zgodnie. Nie przyznawało jednak podobnych praw dzieciom poczętym po śmierci rodzica. Kiedy sprawa Brynn Beeler stała się głośna, przepisy zmieniono. Dzieciom, które poczęły się do dwóch lat po śmierci rodzica przysługuje prawo do dziedziczenia. Z tym, że Beeler pieniędzy i tak nie dostanie, bo prawo nie działa wstecz. Chyba, że inaczej zasądzi Sąd Najwyższy.
Przypadek o tyle kuriozalny, że przecież matka dziewczynki decydowała się na jej poczęcie już po śmierci swojego męża. Zostawiamy dywagacje nad tym, czy decydując się na poczęcie dziecka pani Beeler była świadoma obowiązujących w Iowa przepisów. Czymś, co pozostaje dla mnie wciąż niepojęte, jest zapładnianie się nasieniem zmarłego męża/partnera.
O ile jeszcze jestem w stanie jakoś wytłumaczyć zdesperowane bezdzietne pary, które decydują się na in vitro (co oczywiście nie znaczy, że popieram i usprawiedliwiam tę metodę!), o tyle kompletnie nie rozumiem, po co zapładniać się nasieniem zmarłego. A potem jeszcze żądać za to renty dla tak poczętego dziecka.
Być może to odległa analogia, ale takie roszczenia przypominają mi już tylko żądania odszkodowania za niemożność dokonania aborcji, czyli de facto – odszkodowania za urodzenie dziecka. W pierwszym przypadku żąda się pieniędzy za to, że zrobiło się coś chyba nie będąc do końca świadomym tego konsekwencji, a w drugim za coś, co teoretycznie było możliwe, ale napotkało utrudnienia. Oba jednak przypadki łączy to samo – lekkomyślne twierdzenie, że jeśli coś jest możliwe, to mam święte prawo, żeby to zrobić. Guzik prawda.
Marta Brzezińska

