Katarzyna Bratkowska zachęca do udziału w manifie w dzisiejszym "Metrze". Czym? uderzeniem w Kościół, w szkolną katechezę, gadaniem o jego gigantycznych wpływach. Przeczytajmy fragmenty jej wypowiedzi: - Przede wszystkim chodzi o finanse: w kryzysie tniemy środki na edukację, służbę zdrowia, zamykamy szkoły, a jednocześnie wydajemy ok. 1,5 mld zł na katechezę, co do której nawet niektórzy księża mają wątpliwości, czy powinna odbywać się w szkołach – ubolewa Bratkowska i dodaje: - Politycy przyznają Kościołowi ogromne pieniądze, a kościelni dostojnicy mają gigantyczny wpływ na prawodawstwo, na pewno większy niż społeczeństwo. Pełnią przy tym rolę hamulcowego - odbierają kobietom prawo do antykoncepcji, zapłodnienia in vitro, a w ogóle wszystkim prawo do rzetelnej edukacji seksualnej. Oczywiście wina leży też po stronie polityków, którzy rozbestwili Kościół, bo potrzebują jego poparcia dla swojej polityki ekonomicznej.

 

Bratkowska idzie jednak dalej i chce przerwać pępowinę, łączącą polski Kościół od państwa... oczywiście dla jego dobra: - Jeśli rozdział Kościoła od państwa jest radykalny, to znaczy, że mamy radykalną konstytucję. Poza tym odcinanie pępowiny nie musi być niczym złym, przecież to symbol narodzin czegoś nowego. Wiele osób mówi, że jest to potrzebne także Kościołowi – dodaje Bratkowska.

 

Mam prośbę, droga feministko, nie bierz się za uzdrawianie Kościoła. Rzucasz się na niego, chcesz odcinać, a wręcz przegryzać pępowinę. Dziwi mnie to porównanie, bo wiele feministek nie wie nawet, co to jest pępowina. Mówi pani o narodzinach „czegoś nowego”, choć  jako feministki nie macie o narodzinach zielonego pojęcia. Dla was Kościół to tylko kasa, wpływy i polityka. Nie rozumiecie jego wewnętrznej siły, jego istoty. Przeszkadza wam, że istnieje, dobrze funcjonuje na wielu obszarach i choć może warto dostrzec pracę, czy służbę kobiet w Kościele na rzecz innych, to  jest wam ona obca. Wasz wysiłek sprowadza się po prostu do dyskryminacji wszystkiego co katolickie. 

 

Jarosław Wróblewski