Na początku chcę powiedzieć, że zamiennie stosuję dwa pojęcia: katecheza i lekcja religii. Widzę różnicę w zakresie treściowym tych pojęć. Jednak chcę przez to powiedzieć, że katecheza niekiedy staje się nauczaniem religii, przekazywaniem wiedzy, ale też szkolne nauczanie religii trzeba nam stale czynić katechezą, wręcz mistagogią wprowadzającą w tajemnice wiary. Znakiem skuteczności naszej katechezy jest udział katechizowanych w liturgii. W dzieło nowej ewangelizacji, o której tak dużo się dzisiaj mówi, wpisuje się poszukiwanie nowego modelu katechezy mistagogicznej, a szkolne nauczanie religii jest wyjątkową okazją i miejscem ewangelizacji.
Wobec pytania postawionego na początku, przypominają mi się słowa z księgi proroka Izajasza: "Wy jesteście moimi świadkami (…) i moimi sługami, których wybrałem, abyście mogli poznać i uwierzyć Mi, oraz zrozumieć, że tylko Ja istnieję" (Iz 43,10-11; 45,21). A zatem – żeby w Boga uwierzyć, trzeba Go najpierw poznać.
To czego staramy się uczyć na katechezie, to zwrócenie uwagi na fakt, że wiara nie tylko jest sprzymierzeńcem rozumu, ale też i jego przedłużeniem. Bez wiedzy wiara staje się sentymentalna i płytka. Nie można poprzestawać tylko na wiedzy. Owszem, uczymy, oceniamy to, czego nauczyliśmy na lekcjach religii. Tak w obszarze wiedzy, jak i w zakresie motywowania uczniów do tego, by chcieli to czego się nauczyli na lekcji religii przekładać na życie.
Trudno więc nie zauważyć uczniów, którzy bardziej niż inni chcą więcej wiedzieć uczestnicząc w konkursach wiedzy czy olimpiadach teologicznych, albo tych, którzy próbują angażować się w życie małych grup (Eucharystyczny Ruch Młodych, szkolne koło Caritas, schola muzyczna, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży czy grupa biblijna działająca w parafii). Dla wielu ambitnych uczniów to poszukiwanie czegoś więcej w życiu niż tylko przestrzeń szkolna. Pociągnięci przykładem życia swojego katechety, jego świadectwem wiary, szukają możliwości zaangażowania poza środowiskiem szkolnym. Katecheta nie może tego nie zauważać. Byłoby nieporozumieniem, gdybyśmy na to nie zwracali uwagi.
Ciągle jednak pamiętając, że nie oceniamy wiary! Natomiast chcemy widzieć wysiłek, jaki podejmuje uczeń, aby to co usłyszał na lekcji religii wprowadzić w życie. Przekonujemy, że istotą wiary są konkretne czyny, praktyki. Dlatego o nie pytamy, ich uczymy, tym się interesujemy. W ten sposób wyrażamy naszą troskę o religijne wychowanie.
W polskich realiach katecheci muszą – oprócz przekazywania wiedzy – być zwiastunami wiary, muszą ewangelizować poprzez świadectwo osobistego życia.
Ostatnio pojawiają się z różnych stron zarzuty wobec naszej katechezy, że nie uczy myślenia; że powinna odejść od tradycyjnego modelu „uczenia pacierza”, a bardziej koncentrować się na problemach egzystencjalnych człowieka, na budowaniu społecznych relacji itd. Z tym zarzutem zupełnie się nie zgadzam. Może ktoś miał w przeszłości swoje doświadczenia w tym względzie, ale dzisiaj, kiedy przeanalizujemy Program nauczania religii łatwo zauważymy, że takie właśnie zadania podejmuje dzisiejsza nauka religii w szkole.
Owszem, gdyby ktoś powiedział, że nasza katecheza jest przeracjonalizowana, czy przeintelektualizowana, to z tymi byłbym gotów już trochę się zgodzić.
Musimy pamiętać: wiara nie obawia się skutków aktywności rozumu, wręcz zachęca do niej. Wystarczy uważnie poczytać encyklikę „Fides et ratio”. Dzięki zdolności myślenia człowiek może znaleźć i rozpoznać prawdę o sobie, o świecie.
Chciałbym jednak, przy okazji tej dyskusji zwrócić uwagę na inny ważny problem, jakim jest język katechezy. W ogóle, z podawaniem informacji na temat wiary, tajemnicy Boga, czy tajemnicy Kościoła wiąże się bardzo ważny problem języka. To widać podczas naszego przepowiadania na ambonie, to widać podczas katechezy. Katecheta (myślę tu także o duszpasterzach) jest zazwyczaj postawiony w sytuacji posługiwania się różnymi rodzajami języka. Takim jest na przykład język teologiczny, język określeń dogmatycznych czy doktrynalnych, język Biblii z jego wielowymiarowością (przypowieści, metafory, narracje, znaki, symbole itp.), język Credo. Bywa i tak, że nauczyciel religii – katecheta nieświadomy ich specyfiki, przechodzi nad nimi do porządku dziennego, czasami tylko w minimalnym stopniu próbując wytłumaczyć bardziej trudne czy niejasne terminy.
W tej sytuacji uczeń nie zawsze jest w stanie zrozumieć przekazywane orędzie. To niezrozumienie jest wynikiem procesu laicyzacji, czy wręcz dechrystianizacji życia, pod wpływem którego katechizowany nie znajduje w pojęciach religijnych potrzebnych i wystarczających dla siebie znaczeń w odniesieniu do sfery codziennego życia (społeczeństwa dzisiejsze przestały myśleć i dokonywać ocen z punktu widzenia religijnego czy teologicznego!).
Katechizowany w dużej mierze pozostaje biernym odbiorcą treści katechetycznych, także niechętnym jej słuchaczem. Także z tej racji, że szkoła, w której realizowana jest lekcja religii, nie jest w stanie dokonać potrzebnej i wystarczającej integracji tak, aby język religijny stał się wspólnym przynajmniej w tych przedmiotach szkolnych, które można określić mianem „przedmioty humanistyczne”. Mimo, że powinna być polecana i w jakiejś mierze wdrażana zasada korelacji międzyprzedmiotowej, to jednak w praktyce ciągle mamy do czynienia ze swoistym rodzajem atomizacji języka, wyrażającej się w trwaniu przy własnym języku w realizacji poszczególnych przedmiotów szkolnych, a to prowadzi do dalszego pogłębiania istniejącego już rozdźwięku - mówi bp Marek Mendyk.
Not. Jarosław Wroblewski

