Na pytanie Roberta Błońskiego dlaczego znowu się nie udało, Boniek odpowiedział - Bo jesteśmy słabi, podniecamy się i cieszymy byle czym. Nie wiem, czy oprócz naszej była jakakolwiek federacja, która nagradzała za remisy, które nie dały awansu. Wyznaczanie premii za wyniki, które nie doprowadziły do celu, to oznaka słabości. Związek oddał piłkarzom 50 proc. pieniędzy z puli, którą zarobił od UEFA. Za co? Skoro piłkarze nie wyszli z grupy, nie powinni dostać nic oprócz startowego. Żadnych premii za remisy z Grecją i Rosją. (…) Najbardziej wkurza mnie jedno: dziś sukcesem jest jego brak. Chciałbym być piłkarzem w tych czasach. Kiedyś grałem piłkę. Krótko i słabo, ale grałem. Wtedy jednak nikt by mi nie powiedział, jaki jestem dobry, gdybym przegrywał. Po porażkach byłem najgorszy. Zresztą, sam czułem się zerem, dlatego chciałem wygrywać za wszelką cenę. Dziś nie trzeba zwyciężać, żeby być bogatym, lubianym, a nawet noszonym na rękach.
Na pytanie o to, że w niedzielę dzień po meczu z Czechami podczas spotkania z kibicami w warszawskiej fanzonie Robert Lewandowski powiedział, że w eliminacjach MŚ, które zaczynają się we wrześniu, damy z siebie wszystko. Boniek odpowiedział bez pardonu: - Tak jak Roberta lubię, szanuję i powiedziałem o nim sto tysięcy dobrych rzeczy, tak teraz ciśnie mi się na usta: "Robert, k...a, zamiast mówić, jak będziecie grać w eliminacjach, trzeba było dać z siebie wszystko podczas Euro". Oczekiwałem, że piłkarze powiedzą, jak bardzo jest im przykro, że zawiedli, i przeproszą.
Jakie jest antidotum na tego poeurowego kaca? - I tu jest problem, bo ja uważam, że polskie społeczeństwo nie ma kaca. Mecze ekstraklasy ogląda u nas średnio dziewięć tysięcy ludzi, I ligi - cztery. To są fakty. Ci, którzy byli w fanzonach i na stadionach, to nie są piłkarscy kibice. To ludzie, którzy kochają Polskę, lubią sport i wierzą w sukces. Im udzieliło się wielkie święto. Cieszyliśmy się, że organizujemy wielki turniej, nie przyjmując do wiadomości, że obowiązkiem jest wyjście z grupy. Ich spontaniczność, entuzjazm i radość przysłoniły fatalną ocenę sportową naszej drużyny. Przed Euro nie wygraliśmy żadnego z 11 meczów z finalistami – mówi Boniek.
- Najlepszy grecki piłkarz to Karagounis, którego Włosi wygonili kilka lat temu, bo już wtedy był za stary. Teraz rozegrał 19 meczów w Panathinaikosie, z czego 16 jako rezerwowy. Tu był liderem, który wprowadził Greków do ćwierćfinału. Czesi byli zdyscyplinowani, nic więcej. I my daliśmy totalnie ciała z takimi właśnie zespołami. Niektórzy mówią, że ta drużyna ma przyszłość. Moim zdaniem ona nie ma duszy i przywódcy, który mógłby ją natchnąć. Ma piłkarzy. A na boisku nie widziałem piłkarza, który by się wkurzył albo jednym gestem porwał kolegów. Dzisiejszy profesjonalizm jest taki: nikomu nie podpaść, powiedzieć coś mądrego, i być dobrze uczesanym po meczu. Mnie ta drużyna strasznie zawiodła. Ćwierćfinał był naszym obowiązkiem. A tu, zamiast pokory i przeprosin, słyszę, że to było nasze najlepsze Euro. Nie. Mieliśmy najlepszą drużynę od lat i zagraliśmy najgorszy turniej. Szczęście można mieć, ale tylko do pewnego momentu. Euro załatwił nam szef ukraińskiej federacji Hrihorij Surkis, byliśmy w pierwszym koszyku, mieliśmy łatwych rywali, zawodników przygotowali nam Arsene Wenger, Juergen Klopp i inni. A my wszystko zmarnowaliśmy. Nie mogłem patrzyć na zagraniczne obozy, pięciogwiazdkowe hotele, loty klasą biznes, luksusy... Mieli wszystko, dali tak niewiele - mówi Boniek.
JW/Sport.pl

